Wracając do pracy po 20 tygodniach macierzyńskiego musiałam mocno zrewidować garderobę pracowniczą. Nie, nie roztyłam się;) Po prostu sukienki musiały ustąpić koszulom rozpinanym i to najlepiej w jasnych kolorach maskujących plamy. A to dlatego, że mąż podrzucał mi dziecko na lunch, a właściwie to ja byłam tym lunchem...
I tak, jak była fajna pogoda, to spotykaliśmy się w parku pośród tych wszystkich biurowców na tym szanghajskim Mordorze. Maszeruję raz więc do tego parku na mały piknik z córą i zupełnym przypadkiem spotkałam Daisy!
Z Daisy pracowałam jakieś 2 lata temu, po czym ona urodziła dziecko i poszła na macierzyński, z którego bezpośrednio przeszła już do innej firmy. Ot takie tam przypadkowe spotkanie, "what's the big deal" pytacie? Ja tam się jaram, bo Szanghaj nie jest najmniejszym miastem, żeby spotkać kogoś przypadkiem na ulicy... Zwłaszcza, że grono moich ex-współpracowników, których imię pamiętam i twarz poznam w tłumie innych Chińczyków zamyka się w liczbie 20. Czyli szansa 1 na milion sto!
Spieszyłam się wtedy do córki, więc tylko wymieniłyśmy się WeChatem i umówiłyśmy się na kawę innego dnia.
Cudownie było ją spotkać! Po pierwsze, nikt tak nie zrozumie zabieganej młodej matki żonglującej pracą i macierzyństwem jak inna młoda matka, która przeszła przez to samo. Po drugie, Daisy również jest zwolenniczką karmienia piersią.
Podczas gdy w Polsce karmienie piersią to standard (przynajmniej wśród moich koleżanek), to w Chinach jest to hippisowska rewelacja, coś na miarę chustonoszenia w Polsce. "Cześć obca kobieto, która nosi dziecko w chuście! To znaczy, że mamy ten sam mindset, umówmy się więc na kawę!" Na tej zasadzie:)
Także Daisy mnie mega wspiera i mi kibicuje. To samo z Christine - biurową lektorką chińskiego. Ta to jak się dowiedziała, że karmię piersią chciała mi udzielać lekcji chińskiego za pół ceny! Szalona!
Od Daisy dowiedziałam się jeszcze jednej ciekawej rzeczy... w jej firmie przerwa na lunch trwa 2.5h (!!!) Pracuje się od 9 do 11.30 a potem od 14 do 17. Mało tego! Przy przejściu od nas podwoili jej pensję! Czas chyba zacząć wysyłać CV:)
Jej firma to trzeci co do wielkości ubezpieczyciel chiński. Pewnie mają więcej hajsu niż niejeden kraj na świecie...
wtorek, 22 sierpnia 2017
Mama wraca do pracy!
W czerwcu cyrk obwoźny wrócił z urlopu macierzyńskiego. Wrzucam parę fotek z mojego Mordoru na Domaniewskiej.
Biuro mam o tu gdzie to czerwone kółko:
Natomiast widok z tego biura mam, o taki:
Tu każdy wieżowiec to bank lub firma ubezpieczeniowa. Tu kasa się koci.
I teraz wyobraźcie sobie: ultra-nowoczesne biuro z takim właśnie widokiem, panowie w krojonych na miarę garniturach, w przeszklonej sali toczy się właśnie wideokonferencja miedzy Szanghajem, Tokio i Seulem. Pierwszy świat finansjery! Mamy to?
I wtedy wchodzi on... Umorusany Chińczyk w niebieskim kitlu, dwa numery za dużym. Z wiadrem po farbie malarskiej napełnionym wodą. I chodzi miedzy biurkami I podlewa nam kwiaty używając połówki plastikowej butelki jako konewki.
Kwintesencja Chin.
niedziela, 2 lipca 2017
Ibusuki
Podczas gdy Ty czytasz tego posta, ktoś właśnie gdzieś w Japonii zakopuje kogoś w piachu. Żywego. Za jakieś 40zł.
Przy czym jedna sprawa, to wyobrazić sobie jak ktoś kogoś zakopuje, a druga sprawa to być tym kimś kogo się zakopuje. Ja rechotałam ze śmiechu! Już piszę o co chodzi...
No więc w Ibusuki, na samym południu wyspy Kyushu, są nie tylko gorące wody, ale również gorące piaski. I Japończycy wpadli na pomysł, żeby się wygrzewać w tych piachach. Podobno 10 minut wystarczy, żeby w pełni oczyścić krew. Z czego? Nikt nie wie, ale zabawa jest przednia! Kładzie się delikwent ubrany w yukatę na piachu i go stara Japonka okłada szuflą. Piach jest naprawdę ciepły i ciężki. Da się oddychać, ale z trudem podnosi się klatkę piersiową przysypaną piachem. Pierwsza minuta upłynała mi na spazmatycznym śmiechu z absurdu tej całej sytuacji, potem trochę freakowałam, bo czułam jak krew pulsuje mi przez całe ciało (wyobraźcie sobie jak Wam mierzą ciśnienie na ramieniu, tylko tak na całym ciele), ale myśl, że obok mnie leżą stuletnie japońskie dziadki i żyją, unosiła mnie na duchu. Pod koniec 10-minutowej sesji zaczęło mi się robić gorąco, więc się wykopałam – o dziwo, bardzo łatwo mi to przyszło i nie musiałam wołać pani z szufelką. Po całej sesji czułam się naprawdę rewelacyjnie!
Relaks – Japończycy robią to dobrze...
Jakby tych przyjemności było mało – na dachu naszego ryokanu byl piękny „klasyczny” onsen z takimi widokami:
Architekt przemyślał też, żeby wypuścić trochę gorącej onsenowej wody na piętra pośrednie, centralnie w stół naszej prywatnej salki jadalnej. Żeby było jak gotować jajka na śniadanie:
Trochę dziwi nas, że Japończycy nie używają tej geotermii do grzania w zimę, tylko grzeją klimą. Ale jak już ustaliliśmy, Japończycy do końca racjonalni nie są...
Do wyspy da się dojść tylko w niektóre dni w miesiącu (w zależności od fazy księżyca i pływów) i to też w ściśle określonych porach. Akurat podczas naszego pobytu było okno 3-godzinne, więc my się pojawiliśmy na miejscu jakoś w połowie, bez stresu, podczas gdy wszyscy Japończycy już wracali stamtąd...
W ogóle byliśmy tam naprawdę jedynymi zagranicznymi turystami. A szkoda, bo okolica naprawdę przepiękna (plus experience z piaskowym onsenem jedyny w swoim rodzaju). Wrzucam jeszcze, o, taką fotkę, "z drogi":
Uprzedzając pytania: to nie jest lustrzane odbicie;)
A to nie jest zdjęcie z Google, tylko z mojego telefonu. No filter, no photoshop. Nic tylko drukować, adresować i wysyłać jako pocztówkę!
sobota, 1 lipca 2017
Kagoshima
Zostało jeszcze pare dni do końca mojego macierzynskiego, to dawaj kolejną podróż!
W planach była eksploracja Chin, patrzymy na prognozę pogody a tu deszcz. Syczuan, Yunnan, Hunan, Xiamen, Jiangsu – wszystkie prowincje z naszej chińskiej short-listy w deszczu przez najbliższy tydzień.
No dobra, to patrzymy gdzie nie pada w Azji Środkowo-Wschodniej+ gdzie da się dostać samolotem w ciągu 2h. Znowu Kyushu! Tym razem południowe. Elegancki bezpośredni locik z Szanghaju do Kagoshimy. Lecimy!
Trochę się jednak nacieliśmy, bo lot faktycznie bezpośredni i trwa niecałe 2h, ale lotnisko oddalone od Kagoshimy o 1h20min taksówką (a shinkansenu nie poprowadzili...) Taksówka w Japonii kosztuje miliony monet, do tego stopnia, że bardziej nam się opłacało wypożyczyć samochód na lotnisku i oddać go na drugi dzień w mieście. To coś mówi o relacji cen roboczogodziny do cen użytkowania tych małych prostokątnych japońskich samochodzików o napędzie hybrydowym.
W mieście Kagoshima nie ma w zasadzie nic oprócz widoku na wulkan. A za to jaki...
(no dobra, jest jeszcze oceanarium, choć nie tak dobre jak na Okinawie...)
Widok na wulkan jest tak powalający, że upgradowaliśmy sobie pokój w hotelu na taki z widokiem i zostaliśmy w ogóle pół dnia dłużej niż planowaliśmy, żeby tylko się pogapić. Wstaliśmy też na wschód słońca (co z naszym niemowlakiem nie jest szczególnym wydarzeniem...), siedzieliśmy w oknie i się gapiliśmy zahipnotyzowani.
Potem poszliśmy do onsenu hotelowego, również z widokiem na wulkan, a po śniadaniu na spacer po ogrodach japońskich, również z widokiem na wulkan! Nie nudzi się ani na chwilę.
Spacerując tak sobie myśleliśmy „kurczę, fajnie by było tak być w Kagoshimie wtedy kiedy ten wulkan ma mini erupcję”. Mówisz i masz! Nad prawym kraterem pojawiła się szara chmura.
Mąż się ze mną kłócił, że to zwykła chmura deszczowa, ale jak po chwili zaczął mu pył zgrzytać w zębach, to dał się przekonać. Moja biała bluzka już nie była taka biała, a nasz srebrny samochód stał się jakby bardziej matte... Careful what you wish for...
Pośpiesznie kupiłam na pamiątkę peeling do twarzy z lokalnego pyłu wulkanicznego i się szybko zawinęliśmy dalej na południe Kyushu. Ahoj!
niedziela, 25 czerwca 2017
Ayi
Podobno bogaty kraj to taki, w którym nikogo nie stać na sprzątaczkę. No więc w Szanghaju każdy ma sprzątaczkę... A właściwie nie sprzątaczkę, tylko ayi, z chińskiego: ciocię. Ayi w Chinach to pani sprzątająca, gotująca, prasująca, piorąca, chowająca dzieci. Taka matka Polka minus matka i minus Polka;)
My na początku byliśmy trochę oporni – tyle lat żyliśmy bez pani sprzątającej, co nam tu obca kobita będzie po mieszkaniu łazić. Przekonała nas jednak cena i wzięliśmy jedną najpierw na próbę. Nauczeni doświadczeniem, że w Chinach nikt niczego nie robi dokładnie, staliśmy nad tą biedną Zhou i jej tłumaczyliśmy na pół po chińsku, na pół po migowemu, co, jak, czym ma sprzątać. Początkowymi jej wizytami byliśmy bardziej umordowani, niż gdybyśmy sami wszystko sprzątali. Potem jednak trochę odpuściliśmy i zauważyliśmy, że Zhou lepiej zna się na sprzątaniu od nas... To ci niespodzianka... Im więcej wolnej ręki jej dawaliśmy, tym bardziej byliśmy z niej zadowoleni. Kobitka nawet słuchawki do iPhone’a nam zawiązywała w elegancką pętelkę... Szybko więc wręczyliśmy jej dodatkowy zestaw kluczy i podpisaliśmy kontrakt na cotygodniowe sprzątanie.
Jak raz zostawiła nas na 2 tygodnie, bo pojechała do swojego domu rodzinnego na Chiński Nowy Rok, to bardziej za nią tękniliśmy niż za własnymi matkami (Mamuś, to tylko taka przenośnia...;)) I tak podobno ma każdy ekspat w Szanghaju. Wielu z nich wyjeżdżając zabierają swoje ayi ze sobą...
Zbliżał się jednak moment mojego powrotu do pracy, musieliśmy poszukać ayi do codziennej opieki nad dzieckiem przez 3-4h, a Zhou miała już grafik zabity. Uderzyliśmy więc do agencji ayi. Mieliśmy właściwie jedno wymaganie: żeby mówiła dobrze po chińsku:) To nie jest żart. Podobno są dzieci ekspatów w Szanghaju, z blond własmi i niebieskimi oczami, które nadają biegle w dialekcie syczuańskim^^ Trochę tak, jakby w Polsce wziąć opiekunkę z głębokiego Śląska albo z Kaszub...
Agencja ustawiła nam interview z 3 kandydatkami. Xin okazała się być bezkonkurencyjna. Jest niesamowicie ciepłą, serdeczną osobą. Ma dwie dorosłe córki – jedną adoptowaną z domu dziecka. Wcześniej pracowała u niemieckiej rodziny, która wystawiła jej taką rekomendację: „Xin dość szybko nauczyła się naszych wysokich standardów higienicznych i potrafiła im sprostać” No tak... clean, very clean, German clean (no i potem jest już tylko my mother’s clean:))
Wygląda jednak na to, że w samych Chinach podchodzą równie serio do profesji ayi co w Niemczech do czystości. Xin przedstawiła nam jakąś małą chińską książeczkę, potwierdzającą, że ukończyła kurs na bycie ayi (!) ze specjalizacją (!!) opieki podczas yuezi – czyli miesiąca po porodzie. Wtedy taka ayi dosłownie mieszka z młodą matką, serwując jej różne dziwne ziółka, które mają jej pomóc dojść do formy po porodzie, plus opiekuje się noworodkiem, żeby matka mogła się wyspać. Good to know jak będę rodzić drugi raz^^
W ogóle podczas tego interview było zabawnie, bo zapytałam kiedy planuje wakacje, a ta mówi, że na Chiński Nowy Rok. No dobrze, to jest święto narodowe, ale kiedy planuje takie wakacje, nooo, w wakacje! Nie mogliśmy się dogadać i to nie ze względu na mój łamany chiński – wygląda na to, że w Chinach nie istnieją inne wakacje niż Chiński Nowy Rok wśród pracowników tego typu usług (w biurach a i owszem mają te swoje szalone 10 dni urlopu, który btw jest w złym tonie wykorzystywać)
Początkowo Xin miała się zajmować tylko naszą latoroślą, a sprzątać miała nadal raz w tygodniu Zhou, ale nasza latorośl ma na tyle długie drzemki, a Xin jest na tyle wytresowana przez Niemców, że w 3 godziny zdąża ogarnąć nam cały dom i nauczyć naszego niemowlaka chińskiego.
Ostatnio na ten przykład piszę do męża z biura: „Jak tam dzidziuś?”, a mąż odpowiada „Dzidziś śpi, a ayi Ci właśnie myje buty od środka...”
Anioł, nie ayi.
My na początku byliśmy trochę oporni – tyle lat żyliśmy bez pani sprzątającej, co nam tu obca kobita będzie po mieszkaniu łazić. Przekonała nas jednak cena i wzięliśmy jedną najpierw na próbę. Nauczeni doświadczeniem, że w Chinach nikt niczego nie robi dokładnie, staliśmy nad tą biedną Zhou i jej tłumaczyliśmy na pół po chińsku, na pół po migowemu, co, jak, czym ma sprzątać. Początkowymi jej wizytami byliśmy bardziej umordowani, niż gdybyśmy sami wszystko sprzątali. Potem jednak trochę odpuściliśmy i zauważyliśmy, że Zhou lepiej zna się na sprzątaniu od nas... To ci niespodzianka... Im więcej wolnej ręki jej dawaliśmy, tym bardziej byliśmy z niej zadowoleni. Kobitka nawet słuchawki do iPhone’a nam zawiązywała w elegancką pętelkę... Szybko więc wręczyliśmy jej dodatkowy zestaw kluczy i podpisaliśmy kontrakt na cotygodniowe sprzątanie.
Jak raz zostawiła nas na 2 tygodnie, bo pojechała do swojego domu rodzinnego na Chiński Nowy Rok, to bardziej za nią tękniliśmy niż za własnymi matkami (Mamuś, to tylko taka przenośnia...;)) I tak podobno ma każdy ekspat w Szanghaju. Wielu z nich wyjeżdżając zabierają swoje ayi ze sobą...
Zbliżał się jednak moment mojego powrotu do pracy, musieliśmy poszukać ayi do codziennej opieki nad dzieckiem przez 3-4h, a Zhou miała już grafik zabity. Uderzyliśmy więc do agencji ayi. Mieliśmy właściwie jedno wymaganie: żeby mówiła dobrze po chińsku:) To nie jest żart. Podobno są dzieci ekspatów w Szanghaju, z blond własmi i niebieskimi oczami, które nadają biegle w dialekcie syczuańskim^^ Trochę tak, jakby w Polsce wziąć opiekunkę z głębokiego Śląska albo z Kaszub...
Agencja ustawiła nam interview z 3 kandydatkami. Xin okazała się być bezkonkurencyjna. Jest niesamowicie ciepłą, serdeczną osobą. Ma dwie dorosłe córki – jedną adoptowaną z domu dziecka. Wcześniej pracowała u niemieckiej rodziny, która wystawiła jej taką rekomendację: „Xin dość szybko nauczyła się naszych wysokich standardów higienicznych i potrafiła im sprostać” No tak... clean, very clean, German clean (no i potem jest już tylko my mother’s clean:))
Wygląda jednak na to, że w samych Chinach podchodzą równie serio do profesji ayi co w Niemczech do czystości. Xin przedstawiła nam jakąś małą chińską książeczkę, potwierdzającą, że ukończyła kurs na bycie ayi (!) ze specjalizacją (!!) opieki podczas yuezi – czyli miesiąca po porodzie. Wtedy taka ayi dosłownie mieszka z młodą matką, serwując jej różne dziwne ziółka, które mają jej pomóc dojść do formy po porodzie, plus opiekuje się noworodkiem, żeby matka mogła się wyspać. Good to know jak będę rodzić drugi raz^^
W ogóle podczas tego interview było zabawnie, bo zapytałam kiedy planuje wakacje, a ta mówi, że na Chiński Nowy Rok. No dobrze, to jest święto narodowe, ale kiedy planuje takie wakacje, nooo, w wakacje! Nie mogliśmy się dogadać i to nie ze względu na mój łamany chiński – wygląda na to, że w Chinach nie istnieją inne wakacje niż Chiński Nowy Rok wśród pracowników tego typu usług (w biurach a i owszem mają te swoje szalone 10 dni urlopu, który btw jest w złym tonie wykorzystywać)
Początkowo Xin miała się zajmować tylko naszą latoroślą, a sprzątać miała nadal raz w tygodniu Zhou, ale nasza latorośl ma na tyle długie drzemki, a Xin jest na tyle wytresowana przez Niemców, że w 3 godziny zdąża ogarnąć nam cały dom i nauczyć naszego niemowlaka chińskiego.
Ostatnio na ten przykład piszę do męża z biura: „Jak tam dzidziuś?”, a mąż odpowiada „Dzidziś śpi, a ayi Ci właśnie myje buty od środka...”
Anioł, nie ayi.
Maj w Szanghaju
Połowa maja, dopiero co wrocilismy z zimnej Polski, rozkoszujemy sie piekna wiosna w Szanghaju, która nota bene w Fuxing Parku wygląda tak:
Gratis dołączam zdjęcie pana ogrodnika, robiącego sobie pedicure do fontanny:
Ale nie o tym...
Wjezdzamy winda w naszej starej kamienicy i spotykamy naszego ulubionego sasiada spod 9. Komplementuje jego roze, ktore sadzi na dachu, a ten cos narzeka, ze to lato takie gorace I roze zaraz mu padna. Jakie lato?!
No wiec Szanghajczycy troche inaczej postrzegaja pory roku.
Wiosna jest wtedy kiedy jest Chinski Nowy Rok, i co tam, ze wypada najczesciej w lutym.
Drzewa sa jeszcze lyse, kwiatow nie ma, ale slonko przygrzewa mocniej i w sklepach pojawiaja sie truskawki. I to takie lokalne, dopiero co zebrane, a nie transportowane z Chile.
Z kolei wtedy, kiedy w Polsce pojawiaja sie swieze truskawki, w Szanghaju juz wbijaja owoce letnie tj. arbuzy i duriany. Moj maz jeszcze stawia opor, ale ja juz kocham duriany, tak jak Francuzi kochaja swoje smierdzace sery! Pysznosci. Dojrzaly durian ma taka tlusta, kremowa teksture, w pierwszym uderzeniu faktycznie daje lekkim fermentem, ale potem to juz tylko czysta rozkosz, konczaca sie smiercia z zaslodzenia.
Gratis dołączam zdjęcie pana ogrodnika, robiącego sobie pedicure do fontanny:
Ale nie o tym...
Wjezdzamy winda w naszej starej kamienicy i spotykamy naszego ulubionego sasiada spod 9. Komplementuje jego roze, ktore sadzi na dachu, a ten cos narzeka, ze to lato takie gorace I roze zaraz mu padna. Jakie lato?!
No wiec Szanghajczycy troche inaczej postrzegaja pory roku.
Wiosna jest wtedy kiedy jest Chinski Nowy Rok, i co tam, ze wypada najczesciej w lutym.
Drzewa sa jeszcze lyse, kwiatow nie ma, ale slonko przygrzewa mocniej i w sklepach pojawiaja sie truskawki. I to takie lokalne, dopiero co zebrane, a nie transportowane z Chile.
Z kolei wtedy, kiedy w Polsce pojawiaja sie swieze truskawki, w Szanghaju juz wbijaja owoce letnie tj. arbuzy i duriany. Moj maz jeszcze stawia opor, ale ja juz kocham duriany, tak jak Francuzi kochaja swoje smierdzace sery! Pysznosci. Dojrzaly durian ma taka tlusta, kremowa teksture, w pierwszym uderzeniu faktycznie daje lekkim fermentem, ale potem to juz tylko czysta rozkosz, konczaca sie smiercia z zaslodzenia.
Cyklinowanie parkietu w Sz.
Pakowanie na 4 tygodniowy wyjazd a pakowanie na 4-tygodniowy wyjazd z niemowlakiem przy jednoczesnym opróżnianiu mieszkania, zeby w trakcie naszej nieobecnosci wycyklinowano podlogi to troche jak krzeslo i krzeslo elektryczne. Ma-sa-kra. Wszystkie meble i precjoza upchnelismy do malego pokoiku, ktory zamknelismy na klucz. Dodatkowo moj maz uzbroil ten pokoik w gadzety Xiaomi tj. czujke otwarcia drzwi i syrene, zintegrowane z jego smartfonem. Jesli ktokolwiek by te drzwi otworzyl podczas naszej nieobecnosci, to moj maz dostalby pinga na swoj telefon a w mieszkaniu rozległby się alarm, ew. nagrane szczekanie psa.
Moj maz nie bylby jednak soba, gdyby zakonczyl uzbrajanie naszego mieszkania na tym malym pokoiku. No wiec wszystkie wlaczniki swiatel zamienil na wlaczniki Xiaomi, wiec moze zaprogramowac swiecenie sie swiatel przez konkretny czas w ciagu doby lub zapalac i zgaszac je z komorki, rowniez bedac np. w tym czasie w Polsce przy stole wielkanocnym (zabawa w zgaszenie swiatel pracownikom cyklinujacym nam w tym czasie podloge byla naprawde przednia^^)
Nie wspomne juz o takich drobiazgach jak czujnik temparatury i wilgotnosci powietrza czy czujnik nawilzenia gleby w naszych kwiatkach. Jak wchodzę na wagę, to też mój mąż dostaje pinga na komórkę i rysuje mu się wykres zmian mojej masy ciała w ciągu ostatnich tygodni (choć aplikacja trochę zgłupiała jak weszłam na wagę tydzień po porodzie...) W każdym razie nasza stara kamienica stala sie niniejszym ultra nowoczesnym, inteligentnym domem za grosze.
Wracajac do cyklinowania. Kto kiedyś remontował parkiet, ten wie, ze proces jest kilkuetapowy. Trochę nie wierzyliśmy, że sztuka się uda podczas naszej nieobecności, ale Chińczycy nas totalnie zaskoczyli. Pan od podłogi wymienił się WeChatem z naszą panią sprzątającą i sami się dogadali kto kiedy pyli, a kto kiedy odkurza. Także jak przyjechaliśmy mieliśmy już odpylone, wysprzątane, przewietrzone mieszkanie.
Ekstra. Jesteśmy gotowi na raczkowanie naszego szkraba bez codziennego wyjmowania drzazg wielkości wykałaczek!
Bardzo się ucieszyliśmy, że mieszkanie jest w tak rewelacyjnym stanie. Trochę się nasłuchaliśmy opowieści jak to ktoś pojechał na 2 tygodnie na urlop, ale wrócił wcześniej i zastał mieszkanie pełne koczujących Chińczyków (pani sprzątająca postanowiła sprosić rodzinę...) Przejrzeliśmy jednak logi wejścia i wyjścia z mieszkania (again Xiaomi!) i oprócz tego, że pan od podłogi zrobił sobie u nas jakiś storage, bo pojawiał się i znikał każdego poranka i wieczoru, nawet jak nie było potrzeby cyklinować/lakierować, to nic nie wzbudziło naszego niepokoju...
A jednak! Podczas naszej nieobecnosci pojawili się nowi lokatorzy w naszym mieszkaniu - karaluszki! Najpierw mój mąż się ze mnie śmiał, że dostaje histerii na widok 1-2 karaluchów, ale jak sam utłukł 3 kolejne jeszcze tego samego wieczoru to sam pobladł. Zamówiliśmy szybko kwas borowy na Taobao i rozłożyliśmy w paru miejscach, co pomogło powiedzmy na 1-2 dni, po czym pojawiły się znowu. Zachciało się mieszkać w starej kamienicy... Jakby tego było mało, w nocy słyszeliśmy jakieś myszy z szafy, ale po dokładnej inspekcji okazało się, że one żyją w ścianie za naszą szafą - czym nas jeszcze ta kamienica zaskoczy?
W Polsce publiczne przyznanie się, że ma się karaluchy w domu, to trochę jak wyznanie, że ma się hemoroidy. Ale nie w Szanghaju! Tu reakcja większości znajomych jest taka "O! Ty też masz karaluchy??" Przez jakiś czas walczyliśmy z nimi sami, bo wstydziliśmy się powiedzieć o tym właścicielce mieszkania, bojąc się, ze nas wyprosi za brak utrzymywania higieny w mieszkaniu, a ona "No tak, zdarza się, mam ten sam problem u siebie w domu w Pekinie. Polecam taki a taki środek. Tępi karaluchy na dobre 3 miesiące". I wytępił. Myszki też coś ostatnio nie słychać. Zaczynamy tęsknić...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


