niedziela, 25 czerwca 2017

Pożegnanie zimy na Kyushu

Żeby dać się rozprostować zmarszczkom na opuszkach palców, zrobiliśmy sobie małą przerwę od onsenów i poszliśmy na mały hiking po górach wokół Kurokawa Onsen. Z wielką przykrością zobaczyliśmy, że przez wielkie połacie traw przeszedł niedawno pożar. Ponieważ był to wczesny kwiecień, wiosna jeszcze nie ruszyła, więc cały krajobraz był bardzo szaro-bury.



Kolejnym punktem naszej rentierskiej wycieczki po onsenach na Kyushu było, oddalone o jakąś godzinę drogi samochodem, Yufuin (takie japońskie Zakopane), gdzie też zrobiliśmy sobie hiking - proszsz, widok na Yufuin z góry:



I wszędzie po drodze widzieliśmy popiół. Niezły musiał być ten pożar... Próbujemy google'ać o co cho, a tu informacji o żadnym katakliźmie na Kyushu nie ma. Dziwna sprawa. Potem jakoś dotarliśmy do informacji, że w tym regionie na Kyushu jest co roku festiwal ognia, którym żegna się zimę i wita wiosnę. Wtedy wygląda to tak:


Niby Ci Japończycy tacy rozsądni, co?

Wyjeżdżając z szaroburego Szanghaju pod koniec marca liczyliśmy, że na Kyushu zobaczymy już wiosnę w pełni, z wiśnią kwitnącą wszędzie na różowo. Troche się jednak przeliczyliśmy. Taki już urok tego kwitnienia - trwa tylko 2 tygodnie i ciężko przewidzieć kiedy dokładnie się zacznie.

W drodze powrotnej widzieliśmy w Fukuoce tylko parę różowych drzewek, pod którymi od razu rozstawił się tłum piknikujących Japończyków (w japońskim jest w ogóle specjalne słowo na "piknik pod kwitnącą wiśnią": hanami!)



Trochę rozczarowani wróciliśmy do Szanghaju, gdzie w trakcie naszej tygodniowej nieobecności tak dogrzało słonko, że miasto było już całe w kwiatach!


Odmiana chińska kwitnie bardziej na biało niż na różowo, ale i tak cudnie!
Na różowo w Szanghaju kwitną magnolie i zdaje się to jest ich "wiśnia", bo jest ich zdecydowanie więcej! O!


sobota, 24 czerwca 2017

Kurokawa Onsen

Kurokawa Onsen to mała mieścinka uzdrowiskowa położona wzdłuż strumyka w górach. Bardzo cicho-ciemna, owiana permanentna mgłą, a raczej parą z gorących źródeł. Tu każdy dom to ryokan z onsenem – wiele z nich wygrywa rankingi na najlepsze rotemburo (onsen pod gołym niebem) w Japonii.



Okazało się, że nie tylko my o tym wiemy, ale również grupy Koreańczyków przyjeżdżające tu autokarami. Wszędzie napisy po koreańsku a w naszym ryokanie zatrudnili nawet recepcjonistę Koreańczyka i kelnerkę Chinkę i niestety ich przydzielono do obsługi nas.
Specjalnie dopłaciliśmy za opcje in-room dining, zeby nie uszczesliwiac innych kuracjuszy wieczornym placzem naszego dziecka, ale pan Koreanczyk raczyl byl stwierdzic, ze ta opcja nie jest dostepna, bo jest za duzo gosci wzgledem obslugi (?!) Kolację jedliśmy więc z mężem na zmiany – jedno z nas lulało dziecko na korytarzu, a drugie próbowało się raczyć kaiseki w dużej sali jadalnej. Jedzenie było faktycznie doskonałe i wspaniale zaprezentowane, ale... kelnerka Chinka co chwilę myliła się w kolejności dań (co przy kaiseki jest błędem kwalifikującym do harakiri), plus nie sprzątała pustych talerzy ze stołu (no tak, w Chinach wszystkie danie podaje się na raz!)

Absurd sytuacji polegał na tym, że jak chcieliśmy złożyć skargę na Koreańczyka i Chinkę, to menadżer ryokanu oddelegował recepcjonistę Koreańczyka do odebrania tej skargi, bo tylko on mówił po angielsku. No cóż, nie był to najlepszy ryokan w naszej historii, ale nie dla niego tam przyjechaliśmy...

W Kurokawa Onsen uprawia się onsening – tzn. kupuje się karnet uprawniający do wejścia do 3 z chyba 30 onsenów w wiosce i się chodzi z onsenu do onsenu w yukacie i klapeczkach. My wybraliśmy takie 3:
1)       Kurokawa-soo
2)       Ikoi
3)       Yamamizuki

Kurokawa-soo było z dala od „centrum”, bardzo ciche miejsce, byliśmy tam właściwie sami. Ja weszłam do części damskiej z naszą małą kuracjuszką w koszyku na bieliznę^^ Kompatkowa dzidzia. Dzidziuś sobie grzecznie leżał podczas gdy mama wygrzewała kości w gorącej wodzie. Taki macierzyński to ja rozumiem!


Część męska była obok, więc gadaliśmy z mężem przez płot:) Od gorącej wody byłam już cała czerwona, ale szybko zzieleniałam z zazdrości, jak mąż mi powiedział, że po ich stronie kwitnie piękna wiśnia na różowo. Przypadek? Wait for it.

Ikoi miało część koedukacyjną, ale pani recepcjonistka mnie bardzo zniechęcała do wejścia, marszcząc nos i mówiąc przyciszonym szeptem „Many old men...” Poszłam więc za jej namową do części tylko damskiej, ale to była jakaś farsa – mała sadzawka bez widoku + wycieczka starych Koreanek, więc wzięłam koszyk z naszym Rysiem pod pachę, owinęłam się ręcznikiem, zamknęłam oczy i po omacku wparowałam do części męskiej/koedukacyjnej, żeby tylko nie zobaczyć czegoś, czego nie będę mogła odzobaczyć.

Okazało się, że mój mąż był tam wtedy sam, żadnych gołych starych Japończyków (grunt to wchodzić w porze lunchu) Położyliśmy koszyk z Rysiem na brzegu i wygrzewaliśmy się w tym malowniczym rotemburo, które w tych oparach wyglądało jak z bajki.



Yamamizuki, tak jak Kurokawa-soo, było równiez oddalone od centrum akcji, trzeba było aż podjechać samochodem w górę rzeki, ale warto było. Panie na prawo, panowie na lewo, przy czym nie było drzwi. Do części damskiej szło się krętą dróżką, na końcu której była bramka z powiewającymi flagami, za ktorymi już był pełen negliż. 

Jak weszłam, to jeszcze było parę kobitek, ale ponieważ zbliżała się pora lunchu, to onsen szybko opustoszał i można było zrobić sesję foto. A wyglądało to tak:


Wrząca sadzawka w środku gęstego lasu z widokiem na strumyk górski. Wokół żadnych zabudowań, płotów, zasłon. Jakby ktoś zgubił szlak górski, to miałby niezłe widoki^^ 

Było doskonale. Rysio znowu uciął sobie kimę w koszu na bieliznę i mama mogła powygrzewać stare kości. Wtedy dotarło do mnie, że jak się w zimę chce opalić, to nie trzeba latać na Filipiny - wystarczy podskoczyć na Kyushu. No tan lines!^^ 

Wracam z onsenu i opwiadam mężowi z wypiekami na twarzy jaki piękny onsen miałam, z jakim widokiem; pokazuję zdjęcia itd. A ten na to, że miał nie jedną sadzawkę a parę, z widokiem nie na jeden strumyk, ale na 3 łączące się w jeden duży wodospad. Kolejny przypadek? No cóż, wygląda na to, że męskie onseny w Japonii są zawsze piękniejsze! To coś mówi o kulturze japońskiej...  

piątek, 2 czerwca 2017

Ramen

Fukuoka jest bardzo nijakim miastem, ale ma jedną rzecz, dla której warto przyjechać: ramen!

Ramen to makaron w rosole na kościach wieprzowych, "zabielany" sosem sojowym albo miso, z obowiązkowym dodatkiem długo pieczonego boczku i opcjonalnym dodatkiem połówki gotowanego jajka. Jest wiele regionalnych odmian ramena w Japonii, ale Fukuoka podobno jest jego niekwestionowaną stolicą, a my trafiliśmy do knajpki Ichiran, która ramen ma za swoją religię.

Rosół gotują bardzo powoli, żeby wydobyć jak najwięcej kolagenu z kości wieprzowych, doprawienie jest ściśle strzeżonym sekretem. Klient na początku wypełnia w formularzu jaką ostrość sobie życzy w skali od 1 do 4 i ew. jakie dodatki sobie życzy (szczypiorek etc.) Potem kelner sadza klienta przy "okienku" jak banku, podaje się wypełniony formularz przez szparę przy blacie. Zasłonka "okienka" uchyla się tylko, aby wydać zamówiony ramen, po czym zamyka się. Od sąsiadów po bokach można się oddzielić małą ścianką. Bo w Japonii "table for one, please" nie oznacza, że jesteś patetycznym socjopatą bez przyjaciół...



Ramen w każdym razie był naprawdę wyjątkowy. Tak przejmujący, pełny smak - uczucie trochę jak przy jedzeniu indyjskich aromatycznych sosów, tyle, że z japońską precyzją doboru proporcji przypraw. Makaronik w punkt - ani za miękki, ani za twardy. Niech Japończycy się nie biorą za schabowe, bo nas zdeklasują w przedbiegach.

wtorek, 30 maja 2017

Szczepienia

Mateusz mnie pinguje, ze nie ma postów, to coś napisze, niech mu będzie:)

Paradoksalnie, jak na blogu nic sie nie dzieje, to dlatego, ze u nas dzieje się aż za dużo. W ciągu ostatnich 2 miesięcy byliśmy juz w Japonii, Polsce i drugi raz w Japonii. Jak na posiadacza złotej karty w Sky Team i Star Alliance, to nie brzmi to jak jaki wyczyn, gdyby nie fakt, że wszędzie towarzyszyła nam nasza teraz już 4-miesięczna latorośl. 

W Szanghaju świeżo upieczeni rodzice-ekspaci nie dyskutują czy można latać z takimi małymi szkrabami. Wszyscy latają, bo... w Chinach aktualnie brakuje kilku podstawowych szczepionek dla dzieci.

Na grupach WeChat'owych młodych mam-ekspatek są dyskusje jak za komuny, gdzie rzucili jaka szczepionkę oraz przechwałki, która dostała jakąś dawkę spod lady. Te bez znajomości w szanghajskich szpitalach wymieniają się informacjami gdzie najlepiej polecieć zaszczepić dziecko.

Najpopularniejszy jest Hong Kong (byliśmy), potem chyba Seul (po moim trupie). My zdecydowaliśmy się na Japonię, bo szczepienie wypadało akurat na przełom marca i kwietnia, czyli kwitnienie wiśni na Kyushu;) No co no, szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko!

Ustaliliśmy już plan całej podróży: 1 noc w Fukuoce, 3 noce w Kurokawa Onsen i 3 w Yunohira Onsen (koło Yufuin - takiego japońskiego Zakopanego). Proszsz, oto mapka poglądowa:


















Jak już klepnęliśmy wszystkie loty, hotele, ryokany to zaczęliśmy się interesować gdzie w tej Fukuoce zaczepić dziecko (rodzice roku!) Znalazłam jedną klinikę międzynarodową, zakres usług od A do N, dzwonię! Odbiera pani, aha, aha, dobrze, dobrze, tylko proszę nam wysłać fax o jaką szczepionkę dokładnie chodzi. A można mailem? Nie można.

Mój mąż zaczął szukać appki do wysyłania faxów z iPhone'a, ale po 5 minutach się poddaliśmy i zaczęliśmy szukać jakiegoś zwykłego japońskiego szpitala, niekoniecznie dla pacjentów z zagranicy. Zadzwoniłam, po moim "do you speak English" nastąpiło "chotto matte" i przełączono mnie do pana władającego piękną angielszczyzną. Po telefonie pan wysłał mi pięknego maila potwierdzającego umówienie wizyty; tak japońskiego, że aż Wam zacytuję jego początek:
"Thank you very much for your call and email on dated 01 March,2017.I am writing you on behalf of Fukuoka Kinen Hospital. "
W mailu napisał dokładne nazwy zamówionych szczepionek, ceny, potencjalne skutki uboczne, przypomniał jakie dokumenty mam mieć przy sobie i załączył również mapkę dojazdu. Profeska to mało powiedziane!

Wyjazd z jednego azjatyckiego kraju do drugiego azjatyckiego kraju, żeby zaszczepić niespełna 3-miesięczne dziecko jest pewnym wyjściem ze strefy komfortu, ale po tym mailu już byłam spokojna.
Wyobrażałam sobie, że szpital będzie tak nowoczesny i czysty jak w Korei, a dodatkowo lekarze będą mówić po angielsku. Tymczasem na miejscu okazało się, że szpital może i czysty, ale już trochę stary... a lekarze nie mówią po angielsku; tylko jeden pan w recepcji i jedna pielęgniarka mówią po angielsku i to oni towarzyszyli nam prawie cały czas.

Dział pediatrii umiejscowiono obok działu urologii. Przez dobre 2h, kiedy tam byliśmy przewinęło się może jeszcze jedno dziecko, tymczasem do urologii kolejka na kilka rzędów krzeseł. Same 100-letnie dziadki. To coś mówi o społeczeństwie japońskim i bynajmniej nie to, że dzieci tam nie chorują...

Jak już wypełniliśmy wszystkie japońskie origami (o panie, ile papierologii!) to zaproszono nas do gabinetu, który wyglądał jak magazyn przestarzałych maszyn tortur. Nie było żadnego łóżka, żeby położyć dziecko do szczepienia. Posiłkowaliśmy się stołem, a la ławka szkolna... Pan pediatra nie znał ani pół słowa po angielsku. Wszystko tłumaczyła pani pielęgniarka, która zanim weszliśmy do gabinetu była bardzo kompetentną, pewną siebie osobą, ale już przy doktorze (znacznie młodszym od niej, nota bene) grała rolę niedoświadczonej, niepewnej siebie istotki, która nic nie wie o medycynie i w pełni zdaje się na pana doktora. Japonia...

Po szczepieniu pytam czy mogę zabrać opakowania po szczepionkach, żeby kolejne dawki wziąć od tego samego producenta, to pani mi mówi, że nie ma potrzeby, bo ona już wkleiła nam do książeczki szczepień takie naklejki z nazwą szczepionki i producenta. Ja patrzę, a tam Pfizer i Glaxo w katakanie:)

piątek, 24 marca 2017

Baby formula

Polska psychoza na punkcie przeciągów w domu, gdzie jest noworodek, to naprawdę nic...
W Chinach dziecko nie opuszcza domu, dopóki nie skończy 100 dni. Przy one child policy oznacza to, że większość Chińczyków widuje noworodka tylko raz w życiu - jak im samym się urodzi... Tym większa jest więc ich euforia jak widzą naszą latorośl - nie dość, że "biała" (Chińczycy uwielbiają "białe" dzieci o czym pewnie jeszcze będę pisać...) to jeszcze taka urokliwie malutka. 

Wychodząc z nią na spacery nie możemy opędzić się od ciekawskich gapiów, a jak gdzieś nie daj Boże staniemy to robi się wokół nas wianuszek... przeważnie starszych pań (a nie młodych Chinek, nad czym ubolewa mój mąż), które najpierw się rozczulają, a potem nas upominają, że z tak małym dzieckiem się siedzi w domu przez 3 miesiące (rady od nieznajomych babć - nie tylko w Polsce!) Plus tej chińskiej psychozy jest taki, że znajomi Chińczycy nie wpraszają się nam do domu przez te 3 miesiące, myśląc, że siedzimy w izolacji. Ale jak już kogoś sami zaprosimy, to oczywiście chętnie przychodzą, bo gra się toczy o selfie z "białym" noworodkiem - once in a lifetime opportunity!
 
Chińska tradycja nakazuje przyjść z prezentem. Dostaliśmy trochę ubranek dla dziecka, 1 czerwoną kopertę (kaska!^^) i ... sporo akcesoriów do mycia/suszenia/sterylizowania butelek (których ja póki co nie potrzebuję...) Wygląda na to, że Chinki albo szybko kapitulują z karmieniem piersią albo w swojej chińskiej logice uważają, że formuła jest lepsza dla dziecka niż mleko matki (tak jak uważają, że cesarka jest lepsza niż poród siłami natury...) 

Spiralę absurdu nakręca fakt, że chińska formuła jest fatalnej jakości, więc kto może, to sięga po zagraniczną formułę. A ta kosztuje 5 razy więcej niż za granicą... Chińczycy nie byliby więc sobą, gdyby sami nie szmuglowali formuły. I tu wkracza państwo, które mocno reguluje import formuły.  

Jak pakowaliśmy kontener z meblami to capslockiem nam napisali, że nie możemy wwozić formuły dla dzieci (a zakaz wwozu alkoholu i papierosów był małą czcionką;)). Na deklaracjach celnych na lotnisku jest informacja, że można wwieźć tylko 2 puszki i to też trzeba mieć w pogotowiu certyfikat niedawnego urodzenia dziecka gdzieś w rodzinie. Bagaże są systematycznie czesane w poszukiwaniu nadprogramowej formuły, zwłaszcza po lotach z Hong Kongu. Istne szaleństwo! 

O ile taniej i prościej (i zdrowiej...) byłoby wyciągnąć cycka! Chińskie prawo zdaje się naprawdę ku temu zachęcać, bo pracodawca ma obowiązek zapewnić zaciszny pokój do odciągania mleka a matkom karmiącym przysługuje dodatkowo 1h płatnej przerwy w pracy. Także dziwna sprawa z tą formułą... Anyways... komuś gustowną suszareczkę do butelek?:)

Przez most Nanpu po wizę

Rzekę w Szanghaju przemierzam zazwyczaj tunelami. Mosty są, ale dalej od centrum. Dlaczego Szanghaj woli budować kosztowne tunele pod rzeką a nie mosty? Bo po rzece pływają jeszcze solidne statki wiozące cement wgłąb lądu. Państwo w budowie! Mosty więc nie wychodzą tak tanio, bo muszą być bardzo wysoko zawieszone, żeby żaden statek o nie nie zahaczył.

Ostatnio mieliśmy okazję jechać mostem południowym Nanpu zawieszonym na ok. 50m. Generalnie lęku wysokości nie mam, ale jak mkniesz z szalonym taksówkarzem ciasnym ślimakiem z lichą barierką i niemal na wyciągnięcie ręki masz pranie suszące się na 15 piętrze, to ta ręka może Ci się nieco spocić:)



Z samego mostu jest piękny widok na Szanghaj. Morze wysokich wieżowców, które i tak totalnie deklasuje Shanghai Tower i "otwieracz do butelek", widoczne w oddali na zdjęciu powyżej. Po cóż nas tak daleko od centrum wyniosło? Jechaliśmy na daleki południowy Pudong do urzędu po wizę chińską dla naszej latorośli. Bez niej koleżanka byłaby tu nielegalnie...

Procedura wygląda tak: najpierw w szpitalu otrzymuje się medyczny akt urodzenia, na którym oprócz medycznych danych tj. data urodzenia, waga, wzrost jest również wybrane imię i nazwisko delikwentki, imię i nazwisko matki oraz, ekhm, deklarowanego ojca (wait for it...). Z tym aktem trzeba się udać do notariusza, który wykonuje kopię tego aktu i poświadcza, że pan wskazany jako ojciec jest pełnoprawnym małżonkiem matki dziecka. Bez aktu małżeństwa nie zarejestrujesz więc dziecka...

Następnie trzeba się udać do oddziału chińskiego MSZ, gdzie potwierdzają, że znają tego notariusza i nie jest to pan Wang z punktu ksero w bramie. Następnie trzeba się udać do polskiego konsulatu, gdzie potwierdzają, że z kolei znają tego kolesia z MSZ, co to zna tego notariusza.

A potem już tylko z górki! Konsulat wydaje paszport tymczasowy, do którego naturalnie potrzeba zdjęcia paszportowego. I weź tu zachęć noworodka, żeby:
A. nie spał, ale leżał nieruchomo
B. trzymał głowę prosto
C. patrzył w obiektyw
D. miał zamkniętą buzię
No nie da się! Świeżo upieczeni rodzice robią dużo zdjęć swoim pociechom, ale my natrzaskaliśmy tego dnia chyba 100 zdjęć, z czego żadne nie spełniało wszystkich 4 powyższych warunków, a tylko 2 spełniały 3 z nich. Pan konsul łaskawie jednak zaakceptował delikatny półprofil i dostaliśmy paszport tymczasowy od ręki (na docelowy się czeka 3 miesiące...)

Z paszportem oraz umową najmu mieszkania trzeba się udać na posterunek policji, żeby zameldować obywatelkę. Dopiero z meldunkiem można aplikować o wizę (na dalekim Pudongu, jadąc przez most Nanpu...;)) Dziecinnie proste, prawda? Dla chętnych wyślę drzewko decyzyjne, które mąż mi rozrysował na A4, jak już rozkminił całą procedurę. A kminić trzeba szybko, bo naloty policji się zdarzają i, jakby nie patrzeć, mieliśmy przez parę tygodni w domu nielegalną imigrantkę (choć żadnej granicy nie przekroczyła...)

W Chinach nie można przebywać bez meldunku (i ważnej wizy oczywiście). Myślę, że w przypadku noworodka by się skończyło na upomnieniu, ale generalnie z tym meldunkiem nie ma żartów. Jak się przyjeżdża do Chin i nocuje w hotelu, to recepcja zazwyczaj ogarnia ten temat, ale w przypadku gdy nocuje się u rodziny/znajomych to trzeba się samemu udać na policję w ciągu 24h od wjazdu. Tak Chiny witają zagranicznych gości. "Kto tam to będzie śledził" pytacie? No cóż, podobno sąsiedzi chętnie donoszą...

sobota, 18 marca 2017

Pralka

Przyszedł dzielnicowy i powiedział szybko parę zdań w jakimś swoim dialekcie z czego zrozumiałam tylko 1 słowo: "ubranie" a z gestykulacji dodatkowo zrozumiałam, że coś spada z góry na dół. Aha, pewnie znowu nam spadło pranie. Podziękowałam, zamknęłam drzwi, sprawdziłam, że pranie wisi jak wisiało i olałam sprawę.

Na drugi dzień przychodzi dzielnicowy z jakimś drugim gościem (który był łaskaw wkroczyć do naszego domu z zapalonym papierosem jakości "Klubowe") i chcą oglądać pralkę. OK, czyli nie pranie a woda z prania spada z góry na dół...

Uruchomiliśmy agentkę, która ogarnia wszystkie tego typu sytuacje w imieniu właścicielki mieszkania. Ta pogadała chwilę z panami i poprosiła nas, żeby nie prać przez kilka dni. Przy dwumiesięcznym dziecku i naszej hippisowskiej miłości do pieluszek wielorazowych jest to niemały problem, więc wytargowaliśmy 2 dni bez prania.

Mój mąż, wzorowy sąsiad, po dwóch dniach dzwoni do agentki, żeby grzecznie zapytać czy już możemy zacząć prać, a ta mu mówi, że jeszcze nie naprawili usterki, ale jutro będzie deszczowy dzień, więc możemy zacząć prać...

Trochę nam zajęło zrozumienie tej logiki... Mój mąż swoim inżynierskim okiem przyjrzał się prowizorce na naszym budynki i zobaczył, że co każde piętro wychodzi ze ściany taka biała tajemnicza rurka, która potem jest doprowadzona do rynny. Jest więc szansa, że coś się obluzowało i zamiast do rynny woda z naszego prania tłucze w parapet sąsiada na dole...

Tak to sobie tłumaczymy:) Mówi się "co chatka to zagadka", ale ta nasza kamienica to prawdziwa skarbnica zagadek. Co będzie następne??? (bo, że będzie, to pewnik!)