Ahoj przygodo. Japońskie Alpy na horyzoncie! To w czerwonym kółku to Mount Fuji.
Post o nartach w Japonii już niebawem. Stay tuned!
niedziela, 15 lutego 2015
Welcome back Japan!
Nie widziałyśmy się z Japonią długi czas... Od
października zeszłego roku. Już skończył mi się zapas japońskiej zielonej
herbaty, ziołowej pasty do zębów, kremu z kolagenem i makaronu udon, także
bardzo ucieszyłam się na tego biznes tripa, który dodatkowo łączy się z już
wcześniej planowanymi nartami z japońskich Alpach. Perfect timing.
Na dobry początek reaktywacji naszej współpracy
japońscy szefowie zaprosili moich szefów i mnie na kolację. Do restauracji
włoskiej. No tak, ja tu czekam na pyszne sushi od 4 miesięcy a Ci mi będą
serwować jakaś marną azjatycką interpretację spaghetti carbonara. Och jak się
pomyliłam! Domowa pizza na czarnym cieście barwionym atramentem z ośmiornicy, Stek bistecca prawie jak z Florencji. Parmezanowe fondue z domowymi gnocchi. Japończycy robią to dobrze. Do tego pyszne włoskie winka.
Niestety nie robiłam zdjęć, żeby nie robić siary przy szefach szefów, Hitem całego wieczoru był jednak japoński szef szefów, który niestety słabo znosi alkohol . Po pierwszym mikro kieliszku wina zrobił się cały czerwony i zdjął krawat, po drugim kieliszku dostał już czerwonych plam nawet na szyi i uszach i rozpiął dwa guziki od koszuli. Zsunął się lekko na krześle i zaczął opowiadać jakieś bzdury, a my, Europejczycy, wszyscy trzeźwiutenieńcy i zażenowani.
Trzech innych japońskich executive'ów nie piło w ogóle. Marzena (japonistka, tokyo-istka) twierdzi, ze to zły znak. Że nie jesteśmy dla nich aż tak ważnymi gośćmi, żeby obnażyć swoje prawdziwe "indiańskie" oblicze.
Jak dobrze, że jestem Polką i potrafię pić. W Azji wszystkie ważne interesy omawia się przy kieliszku (jednym, drugim, trzecim...) Zdolność racjonalnego myślenia jak wszyscy już bełkoczą jest tu na wagę złota. Świetlana kariera przede mną, nie ma co.
Korpo-feedback
Moi szefowie zrobili mi doroczny feedback (korpo....)
Dowiedziałam się, że mam się zrelaksować i nie napinać. Że chciałabym, żeby
Azjaci szybciej biegali niż potrafią chodzić, a tu się tak nie da. Że burzę
azjatycką harmonię i starsi panowie średnio na mnie reagują (a taka ładna
dziewczyna no!) Że moją rolą jest tu być, a nie robić.
Trochę absurdalnie dowiedzieć się od szefa, że mam
mniej się przejmować pracą. I mimo wszystko demotywująco. Potrzebuję urlopu...
Chiński regulator
W poniedziałek się dowiedziałam, że to turbo-ważne
spotkanie u chińskiego regulatora, na które jadę we wtorek jest na temat A i mam przygotować slajdy. We
wtorek wieczorem dowiaduje się, że spotkanie jest na temat B, nie będę prezentować
żadnych slajdów, ale tylko odpowiadać na pytania regulatora. W środę przed
spotkaniem dowiaduje się, że temat B jest bardzo gorący w Chinach, prasa i
telewizja dołączą na spotkanie i moja opinia może wpłynać na decyzję regulatora
w tym temacie. W trakcie spotkania orientuję się, że nie będę odpowiadać na
żadne pytania, tylko mam wygłosić luźny monolog. W środę tuż PO spotkaniu
dowiaduję się, że tak naprawdę już było pozamiatane, że regulator już podjął
wcześniej decyzję i teraz była tylko pokazówka dla mediów. Nie czułam się nigdy
bardziej lost in translation...
Przechodząc do szczegółów... Na środku okrągły stół na
którym już leżały karteczki, który prelegent gdzie siedzi. O dziwo nie napisali
mojego imienia po chińsku... Dalej od stołu siedzieli reprezentanci z tzw.
branży + cały rząd dla dziennikarzy, fotografów i kamerzystów. Spotkanie
otworzono dokładnie o 14.30 czasu atomowego, jakiś Chińczyk się produkował
dobre 15 minut zagajając tematykę spotkania. Potem głos zabrał najstarszy z
prelegentów, jak się okazało profesor z uniwersytetu z bardzo twarzową dziurą w
swetrze wyżartą przez mole. Potem mówił swój monolog inny profesor, trochę
młodszy, potem głos zabrała jeszcze jedna chińska sędzina. Mój tłumacz (kolega
z pracy btw bynajmniej nie po filologii angielskiej) był bardzo rozkoszny – średnio się przykładał do tłumaczenia tych
starych dziadków i co chwilę mi szeptał „OK, this is some meaningless bla bla.
I’ll skip it”
Jak już wszyscy Chińczycy się wypowiedzieli to
przyszła pora na ekspertów z zagranicy. Przede mną puścili pana z Tajwanu
(pytanie czy zaliczają go do zagranicy...) a potem przyszła moja kolej.
Przedstawiono mnie jako Francuzkę i zapowiedziano, że będę mówić o Europie. Dla
Chińczyków w zasadzie nie ma różnicy, czy mówię o Hiszpanii, Francji, Polsce
czy Bułgarii. Wszystko dla nich to Europa (ręka do góry, dla kogo robi różnicę
czy posiłek jest z prowincji Jiangsu, Hebei czy Sichuan... niby jeden pies, ale
jednak jak ten pies jest z prowincji Sichuan to będzie palił dwa razy if you
know what I mean:))
Anyways, rzuciłam jedno zdanie po chińsku, żeby się
podlizać publiczności i przeszłam na angielski. Dzięki temu, że tłumaczył mnie
kolega z pracy, a nie jakaś Chinka po anglistyce, mam gwarancję, że przekaz był
na temat i użyty przeze mnie żargon ubezpieczeniowy „knock-for-knock agreement”
nie był zinterpretowany dwuznacznie. Swoją drogą poczułam w kościach o co
chodzi z tym, że Wałęsa był tak popularny za granicą a nie w Polsce...
Wszyscy mnie słuchali z zaciekawieniem, a jeszcze
większą uwagą darzyli mnie fotografowie i kamerzyści. Cholera wie, czy moja
biała twarz nie błysnęła następnego dnia w chińskich mediach. Może teraz jestem
rozpoznawalną gwiazdą i zaraz się posypią propozycje reklamowania kremu do
wybielania i tuszu do rzęs „otwierającego” oczy? A znajomi mówią, że mam mało
medialną pracę...
poniedziałek, 9 lutego 2015
Pekin
Parę stop-klatek z Pekinu... Jak wylatywałam z Seulu, to moja aplikacja "Air Quality in China" aż piszczała od spalin w Pekinie (czyt. indeks zanieczyszczenia 250 podczas gdy w Paryżu alarmują jak przekracza 60), ale po wylądowaniu mimo wszystko widziałam swoje stopy, więc chyba trochę przewiało w międzyczasie. Następnego dnia było już piękne niebieskie niebo - moi chińscy koledzy mi mówili, ze jestem very lucky.
Do tego turbo ważnego spotkania mieliśmy dobre pół dnia, więc kolega dostał polecenie służbowe oprowadzić mnie po Zakazanym Mieście. Chińczycy mają dość szczególne pojęcie podróży służbowej. Zwiedzanie jest tak akceptowalne, jak chlanie mocnej brandy podczas lunchu z partnerem biznesowym.
Samo spotkanie zasługuje na osobny post, tymczasem jeszcze jedna linijka o lotnisku w Pekinie. Jest gi-gan-ty-czne. Wszystkich, którzy narzekają na Frankfurt. Monachium i JFK zapraszam do Pekinu. Równo godzina od wejścia na lotnisko do gate'u i to biegiem w szpileczkach. Ostatnia prosta pokonana elektrycznym samochodzikiem golfowym (przygotowali się na laowai'ów wychowanych na Okęciu - mój rekord od domu w Warszawie do gate'u na Okęciu ok. 30 min )
A na deser: znajdź szczegół:)
czwartek, 5 lutego 2015
Chiński tranzyt
Ostatnio trochę się zasiedziałam pracowniczo w Korei i
jak już trochę zaczęłam tęsknić za moim gangsterskim życiem w cyrku obwoźnym,
to mi firma taką petardę zafundowała, że chyba przebiłam mojego szefa, który
kiedyś pojechał z Europy do Stanów dwa razy... w ciągu jednego tygodnia.
Otóż w piątek wieczorem w zeszłym tygodniu
dowiedziałam się, że w tym tygodniu jest jakiś ważny meeting u chińskiego
regulatora i warto wystawić w reprezentacji „białą twarz”, najlepiej ze
zmarszczkami, siwymi włosami i tytułem doktora. Mój europejski szef zaskakująco
nie mógł wcisnąć spontanicznej wizyty w Chinach w swój i tak już zapchany
kalendarz, więc postanowił wysłać stacjonującą w Azji drugą „białą twarz”, full
stop. Bez zmarszczek, siwych włosów i tytułu doktora. Zgadnijcie o kim mowa
(jak ktoś powie, że mam zmarszczki to obiję mordę!)
No więc w poniedziałek przystąpiłam do kupowania
biletów. Ponieważ nie miałam ważnej wizy do Chin i wyrobienie nowej trwa 5 dni
to postanowiliśmy zastosować chytry plan B, czyli 72h wiza tranzytowa. Plan
początkowy zakładał połączenie: Seul-Pekin, gdzie miał być meeting, potem
szybki przeskok do Szanghaju, żeby przy okazji spotkać się z lokalnym teamem
skoro ju i tak jadę do tych Chin (co tam, że lot z Pekinu do Szanghaju trwa
tyle samo co z Seulu do Szanghaju) i potem powrót do Seulu i to wszystko w 72h.
Plan doskonały.
Pod koniec poniedziałku (a miałam wylecieć we wtorek przyp. red.) moja agencja rezerwująca
bilety skumała się, że taki plan jednak nie podchodzi pod wizę tranzytową.
Muszę być w rzeczywistym tranzycie, czyli nie mogę wrócić do Korei z Chin,
tylko muszę jechać do trzeciego kraju. Ba, nawet nie mogę skoczyć bezpośrednio
z Pekinu do Szanghaju. Muszę najpierw wylecieć z Pekinu za granicę. Bardzo
chciałam, żeby mój tranzyt wypadł przez Malediwy, ale w końcu staneło na
HongKongu. Trasa Seul-Pekin-HongKong-Szanghaj-Seul w 3 doby. Yay!
Piszę maila do chińskiego zespołu o tym szalonym
planie i pytam czy im konweniuje jeśli przyjadę do nich na jedno popołudnie i
jeden poranek. Dostałam odpowiedź, że to będzie straszna udręka dla mnie i może
lepiej odpuścić tym razem, co po chińsku może oznaczać 2 rzeczy:
- Tak Cię kochamy, że Twój komfort jest dla nas
najważniejszy i nie chcemy Cię zamęczyć
- Maleńka, za tydzień jest Chiński Nowy Rok, trzeba
pozamykać wszystkie zaległe tematy i w związku z tym mamy taki zapierdol, że
może lepiej nie dodawaj nam atrakcji swoim przyjazdem
No więc odpuściłam. Robię jedynie trasę
Seul-Pekin-HongKong-Seul w ciągu niecałych dwóch dób – pełen chill-out po
prostu. O Pekinie i HongKongu będą osobne wpisy, nie martwcie
się:) Kończę, bo ląduję już w Seulu i pani stewardessa już mnie dwa razy
upominała, żeby zamknąć laptopa. Nota bene niezłe te linie Cathay Pacific!
niedziela, 1 lutego 2015
Narty w Korei
Kolejny weekend poza Seulem i kolejne zaskoczenie, ze ta Korea nie taka najgorsza...
Tym razem nie morze, a góry. Pojechaliśmy do ośrodka YongPyong na wschodzie Korei, w którym ma się odbywać olimpiada zimowa w 2018.
Góry raczej małe, takie bardziej Świętokrzyskie niż Tatry, ale Koreańczycy ładnie zaaranżowali resort i można trochę pojeździć. Nie aż tak, żeby zostawać tam dłużej niż weekend, ale na otwarcie sezonu i rozgrzewkę przed nartami w Japonii idealnie. En face wyglądało to mniej więcej tak:
Owszem stok czynny również w nocy. Jak się bawić to się bawić. Jak, że w nocy temperatura spadła do minus 17 stopni, to woleliśmy saunę od nocnego jeżdżenia. Ale Koreańczycy zimy się nie boją. Boją się natomiast brać urlopy. W związku z czym na narty jeżdżą tylko w weekendy i wtedy nie ma to tamto, trzeba jeździć.
Jeśli chodzi o poziom umiejętności Koreańczyków, to mile się zaskoczyłam, bo tylko połowa miała poziom poniżej podłogi i na szczeście okupowali ośle łączki i nie ładowali się na wyższe partie gór.
Także mimo wielkiego oblężenia resortu w weekend nie czuliśmy specjalnego tłumu na trudniejszych stokach. Co lepsze, w niedzielę było znacznie mniej ludzi niż w sobotę. Chyba jak zeszli ze stoku w nocy z soboty na niedzielę o 2.00 w nocy, to zachlali ryja podłym soju i już nie wstali. Tak sobie to tłumaczymy. Aczkolwiek niestety nie ma ciekawych opcji apres-ski w tym resorcie. Trochę jest to smutne, że są wyciągi, jest kilka dużych hoteli tuż przy stokach i tyle. Sztuczne miasto, bez restauracji, barów, sklepów. Ludzie przyjeżdżają, jeżdżą na nartach i wyjeżdżają. z rozrzewnieniem wspominamy wszystkie austriackie bary z jodłowaniem, włoskie knajpki na stokach z winem tańszym niż wodą mineralną i francuskie chatki w górach z rekomendacją Michelin. Tu nie ma tej kultury apres-ski i chyba nigdy choć pewnie dobudują jeszcze parę wyciągów i hoteli.
Trasy do jeżdżenia przygotowane nieźle, choć trochę mało śniegu w tym roku. Sporo przyjemnych niebieskich tras, kilka czerwonych i 3 czarne - dedykowane na olimpiade. Rozpędzić się na nich można, zwłaszcza jak jest oblodzona i hamowanie nie daje rezultatów:) Jedna traska ma nawet 5km!
Dobra, już nie zanudzam o stokach, warunkach, hotelach itd - czas na prawdziwą petardę: podczas gdy na całym świecie funkcjonują już bramki, które wpuszczają narciarzy z ważnym karnetem, to w Korei jest nadal manufaktura. Stoi sobie pani, macha pluszowym misiem i sprawdza organoleptycznie, czy każdy ma ważny karnet.
Korea...
Ale zaczyna mi się podobać ta Korea! Po pierwsze - jest słońce jak na zamówienie. Sierra Nevada 100%, ani grama chmurki. Po drugie - jest dobre koreańskie jedzenie. Ja wiem, że na tym blogu słowo "dobre", "koreańskie" i "jedzenie" rzadko występują blisko siebie, ale naprawdę byliśmy zachwyceni. Jajka przepiórcze w sosie sojowym, ostrygi na lekko ostro, suszony mintaj w paście z czerwonej papryki, wołowinka dosłownie rozpływająca się w ustach. Pyszności! (albo to iluzja powodowana górskim powietrzem.... w końcu nie bez powodu jest specjalne menu samolotowe, tak żeby smakowało na wysokościach)
Subskrybuj:
Posty (Atom)