Jak każde komunistyczne święto, Dzień Kobiet obchodzi się w Chinach całkiem hucznie. Panie mogą wyjść wcześniej z pracy, a we wszystkich sklepach są specjalne promocje, czasem dość luźno związane z byciem kobietą (mi np. udało się upolować ultra-miękkie japońskie ręczniki za pół ceny...)
Miasto zostało jednak zdominowane przez jedną promocję - otwarcie flagship store'u Victoria's Secret na Huaihai Lu (5 min spacerem od naszego domu!), uświetnione wizytą kilku aniołków.
Victoria's Secret wchodzi ewidentnie szturmem na chiński rynek. Całe Huaihai Lu zostało oplakatowane aniołkami, a w grudniu ma być tu w ogóle pokaz Victoria's Secret. Mój mąż już mi zapowiedział, że się wybiera ;)
sobota, 18 marca 2017
Pilates
Zawsze myślałam, że pilates to taki fitness dla grubych, leniwych bab. Będąc więc w 2 trymestrze ciąży stwierdziłam, że mi w końcu wypada na to pochodzić;) Pani doktor poleciła mi jedno studio specjalizujące się w pilatesie pre i post-natalnym tu w Szanghaju. Na pierwszych zajęciach grupowych faktycznie trochę się nudziłam - takie pitu pitu na piłkach, ale potem mi wytłumaczono, że w Chinach ciąża to często pierwsza okazja przy której kobitki się biorą za jakąkolwiek aktywność, więc poziom musiał być odpowiednio niski. Właścicielka studia trzyma jednak poziom światowy. Co chwilę jeździ do Kalifornii się doszkalać, przywozi specjalne maszyny, jakich nie widziałam w żadnym klubie fitness w Warszawie. Jak jej powiedziałam, że kiedyś trenowałam gimnastykę artystyczną, to od razu mnie skierowała na sesje indywidualne i dała mi swojego najlepszego instruktora - Rae.
Rae również jest ex-gimnastyczką, układając mi ćwiczenia łączy pilates z elementami baletu i tai chi. I faktycznie z boku to pewnie wygląda jak fitness dla leniwych, ale ze mnie się tam leje i mózg mi paruje. Tak, mózg. Potrzeba naprawdę dużej koncentracji, żeby wykonać wszystko poprawnie i skoordynować wszystkie mięśnie. Nazw niektórych z mięśni to nie znałam nawet po polsku, a co dopiero po angielsku. Rae jest śmieszna - jej angielski pilatesowy jest Oxford English, ale jak gadam z nią o dupie Maryni w przerwach, to już średnio nam idzie. Po chińsku byłoby łatwiej. Niemniej jednak mamy niesamowite porozumienie. Rae ma wyjątkową wiedzę, inteligencję kinetyczną i empatię - nie muszę jej specjalnie mówić co mnie boli/ciągnie. Ona w lot kuma i zmienia ćwiczenia pod moje specjalne potrzeby. Każdy trening jest inny. Ona nawet czyta jaki mam nastrój danego dnia i odpowiednio dostosowuje tempo zajęć. Trener doskonały.
Przed porodem Rae nie tylko aplikowała mi ćwiczenia wzmacniające dolne partie ciała, zmęczone dźwiganiem dużego brzucha, ale również wzmacniające ramiona. Trochę to mnie wtedy dziwiło, no ale niech jej będzie. Doceniłam to jednak dopiero po porodzie, jak nasza prawie cztero-kilowa latorośl kazała się nosić po mieszkaniu całymi dniami (i nadal każe, a teraz waży już prawie 6kg...)
Teraz pracujemy z kolei nad "obudzeniem" moich mięśni brzucha i nauczeniem mnie oddychać na nowo. Całe życie mi powtarzano, żeby oddychać przeponą i nabierać powietrza "w brzuch", podczas gdy Rae teraz mi każe nabierać powietrza w żebra i grzbiet, żeby nie rozluźniać mięśni brzucha. 30 lat człowiek żyje i nawet oddychać dobrze nie umie, no! Oddech jest w ogóle filarem pilatesa. I jest to zupełnie inny oddech niż na przykład w jodze, przez co te dwie frakcje się szczerze nienawidzą. Napuścić joginkę na pilateskę to gorzej niż napuścić polonistę na legionistę, serio.
Rae się też wzięła za korygowanie mojej pokrzywionej postawy po latach gimnastyki i jeszcze dłuższych latach przy komputerze (przecież nie nad książkami:P) i jej całkiem dobrze idzie... Czuję się świetnie po tych zajęciach, minęły 2 miesiące od porodu, a ja jestem w lepszej formie niż przed ciążą. Kolejny wspaniały "fachowiec", na jakiego trafiłam decydując się na poród w Szanghaju. To była dobra decyzja... Jedyny mankament to cena - płacę 500 yuanów za lekcję, czyli niecałe 300zł. Stawka nowojorska, ale w końcu Szanghaj to nowy Nowy Jork!
Rae również jest ex-gimnastyczką, układając mi ćwiczenia łączy pilates z elementami baletu i tai chi. I faktycznie z boku to pewnie wygląda jak fitness dla leniwych, ale ze mnie się tam leje i mózg mi paruje. Tak, mózg. Potrzeba naprawdę dużej koncentracji, żeby wykonać wszystko poprawnie i skoordynować wszystkie mięśnie. Nazw niektórych z mięśni to nie znałam nawet po polsku, a co dopiero po angielsku. Rae jest śmieszna - jej angielski pilatesowy jest Oxford English, ale jak gadam z nią o dupie Maryni w przerwach, to już średnio nam idzie. Po chińsku byłoby łatwiej. Niemniej jednak mamy niesamowite porozumienie. Rae ma wyjątkową wiedzę, inteligencję kinetyczną i empatię - nie muszę jej specjalnie mówić co mnie boli/ciągnie. Ona w lot kuma i zmienia ćwiczenia pod moje specjalne potrzeby. Każdy trening jest inny. Ona nawet czyta jaki mam nastrój danego dnia i odpowiednio dostosowuje tempo zajęć. Trener doskonały.
Przed porodem Rae nie tylko aplikowała mi ćwiczenia wzmacniające dolne partie ciała, zmęczone dźwiganiem dużego brzucha, ale również wzmacniające ramiona. Trochę to mnie wtedy dziwiło, no ale niech jej będzie. Doceniłam to jednak dopiero po porodzie, jak nasza prawie cztero-kilowa latorośl kazała się nosić po mieszkaniu całymi dniami (i nadal każe, a teraz waży już prawie 6kg...)
Teraz pracujemy z kolei nad "obudzeniem" moich mięśni brzucha i nauczeniem mnie oddychać na nowo. Całe życie mi powtarzano, żeby oddychać przeponą i nabierać powietrza "w brzuch", podczas gdy Rae teraz mi każe nabierać powietrza w żebra i grzbiet, żeby nie rozluźniać mięśni brzucha. 30 lat człowiek żyje i nawet oddychać dobrze nie umie, no! Oddech jest w ogóle filarem pilatesa. I jest to zupełnie inny oddech niż na przykład w jodze, przez co te dwie frakcje się szczerze nienawidzą. Napuścić joginkę na pilateskę to gorzej niż napuścić polonistę na legionistę, serio.
Rae się też wzięła za korygowanie mojej pokrzywionej postawy po latach gimnastyki i jeszcze dłuższych latach przy komputerze (przecież nie nad książkami:P) i jej całkiem dobrze idzie... Czuję się świetnie po tych zajęciach, minęły 2 miesiące od porodu, a ja jestem w lepszej formie niż przed ciążą. Kolejny wspaniały "fachowiec", na jakiego trafiłam decydując się na poród w Szanghaju. To była dobra decyzja... Jedyny mankament to cena - płacę 500 yuanów za lekcję, czyli niecałe 300zł. Stawka nowojorska, ale w końcu Szanghaj to nowy Nowy Jork!
piątek, 3 marca 2017
Francuska położna
Jeśli przyjdzie mi kiedyś rodzić drugi raz i nie będzie to w Szanghaju to chciałabym, żeby to było we Francji. Francuskie położnictwo jest najlepsze na świecie. We Francji położne studiują 5-6 lat i mają kompetencje niemal jak lekarz - mogą wystawiać recepty, zwolnienia lekarskie itd. To one przyjmują poród, a nie lekarz. Wiadomo, że pozycja leżąca jest najgorszą pozycją do rodzenia, więc we Francji na sali porodowej nie ma w ogóle łóżek. Epizjotomia to rzadkość a po porodzie aplikuje się program ćwiczeń mięśni dna miednicy, żeby szybko wrócić do pełnej formy (zanim mąż zdąży sobie znaleźć kochankę, hahaha;))
Jakie miałam szczęście, że trafiłam tu na francuską położną, a właściwie nie na jakąś tam francuską położną, a na Sarę. Sarah odebrała już w swojej karierze 3000 porodów, jest pasjonatką swojej pracy, daje z siebie naprawdę wszystko. Do Szanghaju przyjechała za chłopakiem (jak to brzmi, prawda? no cóż... w laickiej Francji nikt się nie żeni...) Pracowała tu chwilę jako położna, ale ponieważ tu położne traktuje się jak pielęgniarki to się wkurzyła i założyła swoją klinikę/poradnię położnictwa i... prowadzi ją pro publico bono. Już jej mówiliśmy, że jest szalona, że w Szanghaju ludzie mają hajs i ona mogłaby tu fortunę zrobić, ale ona mówi, ze jej chłopak zarabia wystarczająco na ich utrzymanie a to jest jej pasja i chce móc dotrzeć do jak największej liczby osób. We Francji pomagała rodzić bezdomnym kobietom i była długi czas na misji humanitarnej w Afryce. Niesamowita osoba, naprawdę. Bardzo inspirująca, a jednocześnie wprowadzająca człowieka w zakłopotanie, że pracuje dla krwiożerczej korporacji i pobiera za to pensję.
Przygotowywała nas do porodu - opowiadała baaaardzo dokładnie co będę czuć w której fazie, co dało mi (mylne, nie oszukujmy się) poczucie pewności, że wiem na co się piszę;) Przetrenowaliśmy z nią różne ćwiczenia oddechowe i relaksacyjne, dzięki którym udało się obyć bez epiduralu. Po porodzie przyszła do nas do domu i podpowiedziała parę trików jak zajmować się dzieckiem i, co najważniejsze, jak mieć życie po dziecku;)
No więc wino trzeba pić W TRAKCIE karmienia piersią. Nie zdąży jeszcze dojść do tego mleka, które właśnie dziecko pije, a zdąży już się strawić do kolejnego karmienia. Już się widzę na ogródku którejś z warszawskich knajp - w jednej ręce kieliszek, w drugiej dzieciak przy piersi. To nie będzie fala hejtu - to będzie całe tsunami! Także póki co będziemy próbować w zaciszu domowym. Na tę okoliczność zamówiłam sobie już Coravin - narzędzie z igłą chirurgiczną do wysysania odrobiny wina bez konieczności wyjmowania korka^^
Sarah powiedziała również, że mogę pić kawy ile mi się podoba (Francja...) i jeść również co mi się podoba - sushi, fasolkę, orzeszki ziemne czy truskawki. Ostre też, także już zaczęliśmy planować wycieczkę do Syczuanu w maju. Na moje pytanie kiedy mogę zacząć odciągać mleko i podawać z butelki powiedziała, ze już po pierwszym miesiącu. Na co ja, jak na poświęcającą się matkę Polkę przystało, powiedziałam, że może jednak poczekam jakoś do 4. miesiąca, skoro wracam do pracy po 4 i pół miesiąca. Ona tylko przewróciła oczami i powiedziała "Kobieto, zacznij jak najszybciej, przecież musisz mieć jak wyjść z domu do kina, na manicure czy kawę z przyjaciółmi"
Francja. Tam podejście do rodzenia i wychowywania dzieci jest tak inne niż w Polsce. W Polsce - pełna martyrologia; kobita siedzi z dzieciakiem bity rok w domu + pierze, sprząta, gotuje, prasuje. We Francji ma do sprzątania jedną panią, do opieki nad dziećmi drugą panią a sama kontynuuje swoje życie zawodowe i towarzyskie jak przed ciążą. I ma energię na drugą ciążę, a potem jeszcze na trzecią, i żaden poród nie jest traumą dzięki doskonałemu położnictwu. Dodatkowo przy trzecim dziecku jest solidna ulga podatkowa, więc model 2+3 jest w zasadzie normą. I przyrost naturalny rośnie (PKB też;))
Post mało azjatycki, ale o tym winie musiałam:)
czwartek, 2 marca 2017
Chińska porodówka
Bardzo lubiłam patrzeć na reakcje znajomych po moim: "w styczniu wybieram się na chińską porodówkę". Wszyscy wyobrażali sobie, że warunki będę mieć jak na zapleczu mięsnego, tymczasem moja porodówka wyglądała tak:
Wystrój - późne rokokoko, ewidentnie pod bogatych Chińczyków.
A poniżej view spod prysznica z piękną mozaiką (szybę można było zamienić w mleczną / nieprzezroczystą za pomocą jednego przycisku). Na tej białej kanapie kimał mój mąż przez 3 dni.
A sala poporodowa tak:
Wystrój - późne rokokoko, ewidentnie pod bogatych Chińczyków.
A poniżej view spod prysznica z piękną mozaiką (szybę można było zamienić w mleczną / nieprzezroczystą za pomocą jednego przycisku). Na tej białej kanapie kimał mój mąż przez 3 dni.
A poniżej view spod okna - wprawne oko dojrzy w oddali aneks kuchenny.
Słowem, Bristol wśród porodówek:)
Szpital założony 3 lata temu przez kanadyjskiego inwestora (stąd czerwony liść klonowy w logo i nazwa: Red Leaf) i zorientowany na tematy okołoporodowe - mają tam tylko wydział ginekologii, położnictwa i pediatrii. Lekarze to głównie Chińczycy, ale mówiący pięknie po angielsku. Ja trafiłam na doskonałą panią doktor. Wcześniej pracowała 20 lat w chińskim szpitalu przy bardzo skomplikowanych case'ach (rakach, nie-rakach), co na zachodnie warunki oznacza jakieś 400 lat doświadczenia. Tylu tam jest pacjentów, że z prawa wielkich liczb zawsze się jakieś ultra-rzadkie choróbsko trafi... Moja ciąża na szczęście była książkowa, więc pani doktor nie musiała korzystać z tego doświadczenia, ale zawsze fajnie mieć świadomość, że jestem w dobrych rękach. Dodatkowo bardzo wspierała wszystkie moje szalone pomysły. Pilates 3 razy w tygodniu - proszę bardzo! Sushi w Japonii w 5. miesiącu - jak najbardziej, tylko sprawdźmy najpierw odporność na bakterię listeria. Opalanie w 6. miesiącu na Hainanie - oczywiście! szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko.
Dodatkowo bardzo wspierała poród naturalny. Deklarowała, że wszelkie medyczne ingerencje będzie stosować jako ostateczność, podczas gdy większość lekarzy zdaje się szybko uciekać do pitocinów, epizjotomii i cesarek jak tylko cokolwiek idzie choć w 1% nie tak. Powiedziała też, że przyjmie poród z każdej pozycji; że to mi ma być wygodnie, a nie jej. I, oczywiście, w wodzie też mogę rodzić jeśli tylko sobie życzę.
Myślę, że miałam ogromne szczęście, ze trafiłam na tak wspaniałą panią doktor, ale cały szpital zdaje się funkcjonował wg filozofii, że to oni są dla pacjenta, a nie pacjent dla nich. Pod koniec ciąży dostałam np. plan porodu do wypełnienia - była to lista check-boxów do zaznaczenia: od błahych typu czy życzę sobie przyciemnić światło w sali porodowej lub słuchać własnej muzyki do bardziej medycznych decyzji np. czy chcę epidural; czy zgadzam się na pitocin jeśli akcja zwalnia itd. Były też check-boxy typu "Proszę nie proponować mi znieczulenia, jeśli sama o to nie proszę" lub "Proszę nie pouczać mnie jak przeć". Przemyśleli naprawdę wszystko czego pacjentka może chcieć, a co ważniejsze, czego może NIE chcieć podczas porodu. Super sprawa.
Fakt, że jest to szpital dedykowany dla ekspatów dodatkowo rozszerzał wachlarz możliwości, bo musieli uwzględnić rożne praktyki z różnych krajów. Francuzi i Niemcy np. nie podają wit. K dziecku w zastrzyku, tylko doustnie, więc taka opcja też była dostępna. Ale te dwa narody nie są we wszystkim jednomyślni... Francuzi np. zanurzają dziecko w wannie aż po uszy nie przejmując się kikutem pępowinowym a Niemcy z kolei nie myją dziecka przez bite 2 tygodnie od porodu;)
Szpital organizował też bezpłatną szkołę rodzenia i na zajęciach, na których opowiadano o znieczulaniu, jedna osoba z sali zapytała jaki jest % sięgania po epidural u różnych narodowości i pani powiedziała: Chińczycy 100%, Amerykanie 80%, Europejczycy 40%. Interesting:)
Mi się udało zmieścić w tych 60% Europejek-twardzielek^^ Wszystko dzięki mojemu wspierającemu mężowi, który cały czas przy mnie był i którego mogłam sobie w każdej chwili skląć po polsku jak trzeba:) Do porodu przygotowywała nas francuska położna i nauczyła nas różnych technik jak sobie radzić z bólem. Dodatkowo do szpitala poszliśmy piechotą! 30 minut szybkiego marszu o 7 rano przez Huaihai Lu nieźle rozkręciło akcję. Ula mnie ostatnio spytała: "a co z walizką?!" No właśnie! Szpital jest na tyle zajebisty, że dostarcza naprawdę wszystko co potrzeba w trakcie porodu i po porodzie. Jedyne, co kazali wziąć ze sobą do szpitala to stanik do karmienia i paszport. Do tej listy dodaliśmy jeszcze kanapki dla męża i torba do szpitala gotowa^^ To też był jeden z wielu czynników obniżających mój niepokój przed porodem do niemal zera - jak nagle zacznę rodzić i coś pójdzie nie tak, to mogę wskoczyć w taksówkę tak jak stoję i jechać na porodówkę!
Jak już dotarliśmy do szpitala, to duża sala z wanną już na mnie czekała. Nie mieliśmy wtedy za bardzo głowy do robienia zdjęć, więc nie pokażę jak wyglądała sala porodowa, ale nasza pani doktor cyknęła nam jedną fotkę z przyczajki, która mnie wzrusza za każdym razem:
Podczas pierwszej fazy porodu byliśmy w sali w zasadzie sami. Położna i moja pani doktor (tak! przy porodzie jest doktor prowadzący ciążę!) tylko raz na jakiś czas zaglądały czy wszystko OK. W drugiej fazie już był komplet osób na sali, ale stali sobie gdzieś pod ścianą i nic nie mówili... bo zaznaczyłam w planie porodu, żeby mnie nie pouczać jak przeć;) Wtedy akurat trochę brakowało mi potwierdzenia czy wszystko robię OK, ale chyba najwyraźniej tak. Jedynie na sam koniec pani doktor już mi asystowała i poprowadziła mnie tak, aby uniknąć strat tu i tam;) I plum! Nasza rybka dostała pierwszą lekcję pływania!
Potem już musiałam wyskoczyć z wanny, aby pani doktor "urodziła" łożysko (btw, szpital mnie zawczasu zapytał, co planuję zrobić z łożyskiem i czy nie chcę go wziąć ze sobą, np. żeby zjeść lub zasadzić w ogródku jak to robią na Bali...) My w tym czasie robiliśmy sobie "skin to skin" i patrzyliśmy w te piękne, błyszczące i zdziwione oczy. Jak było po wszystkim, mąż przeciął pępowinę (również zapytano nas w planie porodu kto ma to zrobić i po jakim czasie) i cały personel się po angielsku usunął, odkładając mierzenie, ważenie itd na później. Zostaliśmy sami w sali, już we trójkę...
Naprawdę przepiękny, rodzinny, naturalny poród. Tego dnia byłam wykończona, ale następnego dnia już byłam gotowa rodzić drugi raz. Fizycznie i psychicznie. Nie mam absolutnie żadnej traumy, jak niestety większość moich koleżanek w Polsce. Zostanie na poród w Szanghaju było najlepszą decyzją w moim życiu, podjętą co prawda z trudem, bo polski roczny macierzyński (z opcją podrzucenia dzieciaka babciom) piechotą nie chodzi...
Po porodzie przenieśli nas do tej pięknej sali poporodowej i trzymali nas tam 3 dni. Na zawołanie miałam zastęp pielęgniarek + obchód lekarzy co rano. Opieka naprawdę fantastyczna.
No dobrze, to ile ta cala przyjemność kosztowała? Ok 45.000zł. I prawie wszystko pokryło moje fancy ekspackie ubezpieczenie. Jedyne za co musieliśmy dopłacić z własnej kieszeni jakieś 500zł za posiłki mojego męża przez te 3 dni. Właśnie, właśnie - jedzenie to była jedyna rzecz, która mi nie pasowała... Było bowiem ZA smaczne! Ja tam byłam nastawiona na jakieś ohydne w smaku superfoods na szybki powrót do formy, a ci mi na śniadanie serwowali puszyste naleśniki, na lunche spaghetti albo pizze, a na kolacje filet mignon lub jagnięcinę... Skandal. Do tego po każdym posiłku był deser. Zdjęć niestety nie mam, bo tak szybko wciągaliśmy te pyszności. Asia, rodząca niedawno na jednej z warszawskich porodówek, zdążyła zrobić zdjęcie swojemu posiłkowi zanim go spałaszowała. Dostała kleik i 2 sucharki... Jest kontrast.
Podobny kontrast pewnie jest również między moją porodówką a publiczną, prawdziwie chińską porodówką. Nie tylko w wystroju wnętrz, ale również w podejściu lekarzy. Czytałam, że w Chinach panuje tzw. C-section craziness. Lekarze chętnie tną, bo inaczej nie przerobiliby tej masy pacjentek, a pacjentki dają się ciąć, bo:
A. boją się bólu (patrz: wskaźnik epiduralu wśród Chinek w moim szpitalu: 100%)
B. i tak nigdy nie rozbiorą się do bikini na plaży, żeby się przypadkiem nie opalić
C. nikt tu nie planuje drugiego dziecka (a do niedawna jeszcze nie można było mieć drugiego dziecka...)
A propos chińskiego one child policy... Ze względu na moją rzadką grupę krwi potrzebowałam pewnego leku, który ma za zadanie ochronić ewentualną drugą ciążę przed komplikacjami. W Chinach tego leku nie ma! Mój szpital musiał specjalnie sprowadzać ten lek dla mnie z UK. To tak dla przypomnienia, że żyjemy jednak w dzikim kraju...
niedziela, 12 lutego 2017
Ciąża w Azji
11 stycznia wieczorem pomyślałam "Jutro napiszę posta, jak to jest być w ciąży w Azji".
12 stycznia w południe już w tej ciąży nie byłam:)
Postaram się podsumować jaki treatment miałam ja i mój brzuch w Azji póki jeszcze mam w miarę świeże te wspomnienia, choć ostatni miesiąc postawił trochę nasze życie do góry nogami i cała ta ciąża wydaje się, jakby zdarzyła się w innym życiu...
Jak na cyrk obwoźny przystało, brzuchem zahaczyłam o 3 kraje azjatyckie. Pierwszy trymestr spędziłam w Korei, w czwartym miesiącu przeprowadziliśmy się do Chin a w szóstym miesiącu siedzieliśmy w Japonii. Dodatkowo, między Koreą a Chinami zrobiliśmy sobie jeszcze krótkie wakacje w Europie (Polska, Austria, Włochy) - bo spędzanie ciąży na jednym kontynencie jest zbyt mainstream-owe;)
No dobrze, zacznijmy od Korei. Tam jeszcze mi brzucha nie było widać, także nie wypowiem się, czy Koreańczycy ustępują ciężarnej miejsca w metrze. Ponadto czułam się doskonale, więc tak naprawdę jedynym widocznym objawem mojej ciąży dla osób postronnych był fakt, że nie piłam alkoholu;) Jak piskorz się wiłam, żeby uniknąć zakrapianych kolacyjek służbowych - zadanie było o tyle trudne, że wszyscy chcieli mnie uroczyście żegnać w związku z wyprowadzką do Chin. Jakoś się udało! Raz poszliśmy na spotkanie z gronem naszych znajomych nauczycieli angielskiego i ich koreańskich żon. Oni, jak na Brytyjczyków i Szkotów przystało, kurtuazyjnie nie zadawali żadnych krępujących pytań, one, jak na Koreanki przystało, oczywiście, tak. Kto był kiedyś w pierwszym trymestrze ciąży, ten wie, że pytanie "Dlaczego nie pijesz alkoholu?" jest najbardziej denerwującym pytaniem świata. Najwyraźniej nie wg ciekawskich Koreanek. W rezultacie było to nasze ostatnie spotkanie. Bez łaski!
Ciąża była też dla mnie okazją, żeby poznać lepiej koreańską służbę zdrowia. W Korei nie ma przychodni, czy prywatnych gabinetów lekarskich. Od razu się idzie do szpitala. Więc jak Koreańczyk mówi "byłem w szpitalu" to jeszcze to nie oznacza, że miał operację na otwartym sercu;)
W szpitalu do którego ja trafiłam była recepcja dla obcokrajowców, ale reszta usług taka sama jak dla lokalnych (w przeciwieństwie do Chin o czym jeszcze napiszę...) Moja pani ginekolog ładnie mówiła po angielsku. Problem tylko w tym, że niewiele mówiła... Wygląda na to, że koreańscy lekarze nie czują potrzeby opowiadania pacjentom co się z nimi dzieje, jakie badania laboratoryjne zlecają itd. Przy wyjeździe z Korei poprosiłam o wydrukowanie wyników moich badań i ku mojemu zaskoczeniu dostałam całkiem grubą książkę! A jak sama próbowałam zadawać pytania, to moja pani doktor wyraźnie się irytowała. No tak, lepiej nie pytać, bo jeszcze się okaże, że lekarz nie zna odpowiedzi i biedny straci twarz! Takie podejście ewidentnie przyjęła koreańska żona jednego z naszych znajomych nauczycieli angielskiego. Jak trafili na porodówkę, to on się skumał, że jego żona nie ma pojęcia jakie są etapy porodu i jej czytał wszystko na bieżąco z wikipedii. True story.
W Korei chyba nie ma też zwyczaju stosowania profilaktyki. Przed ciążą chciałam sprawdzić ząbki i znamiona na skórze i trochę nie mogliśmy się dogadać, i nie tylko ze względu na barierę językową. Ponieważ nie było angielskojęzycznego stomatologa, to ząbki przeglądała mi pani protetyk przy asyście paru innych osób. Byłam ewidentnym "wydarzeniem" na oddziale i wszyscy byli trochę zmieszani, po co ja w ogóle przyszłam jak żaden ząb mnie nie boli. W dermatologii podobna historia, z tą różnicą, że komunikacja następowała przez Google Translate. Strach chorować w tej Korei, chociaż może akurat z realnymi chorobami lepiej sobie radzą niż z profilaktyką...
Zaraz po wylądowaniu w Chinach, zrobiliśmy sobie listę porodówek do odwiedzenia, ale skończyliśmy na pierwszej:) Szpital Red Leaf okazał się być Bristolem wśród porodówek - napiszę o nim osobny post. Tymczasem skupię się na tym, jaki treatment miałam w Chinach. Red carpet treatment to mało powiedziane! Tyle uprzejmości, co przez te parę miesięcy, nie zaznałam przez całe swoje marne życie! W metrze ustępowano mi miejsca już na etapie, kiedy jeszcze można było pomylić moją ciążę ze zwykłym zapuszczeniem się;) Na lotnisku przechodziłam poza kolejką na każdym etapie żmudnej odprawy, nawet nie szczególnie musiałam się o to upominać. Celnicy/strażnicy jak tylko widzieli mój brzuch, od razu kierowali mnie do okienka dla VIPów, no questions asked. Przejście poza bramką z rentgenem było oczywistością. W restauracjach personel od progu biegł z poduszką pod plecy dla mnie i pytali, czy nie chcę się napić szklanki mleka;)
W Chinach kobitka jest w ciąży tylko raz, więc społeczeństwo zdaje się umilać jej ten czas, jak tylko się da. Podczas, gdy Chiny znane są na świecie z braku przestrzegania praw człowieka, prawa ciężarnej/matki w miejscu pracy zdają się być świętością. I tak np. w prawie chińskim jest wyraźnie napisane, że jeśli pracodawca nie uiści składek ubezpieczeniowych za swoją pracownicę, to musi sam wyskoczyć z kaski na jej zasiłek macierzyński. Kobiety nie da się też zwolnić w czasie ciąży i przez rok od urodzenia dziecka. Nie mówiąc już o takich detalach, jak obowiązek zapewnienia pokoju do odciągania mleka, czy dodatkowa godzinna przerwa na karmienie. Niewiele gorzej niż w Polsce!
Dwie duże kancelarie prawne rozkminiały mój skomplikowany case i po 3 miesiącach dywagacji (i zapewne kilku tłustych fakturkach) doszły do wniosku, że należy mi przyznać długość urlopu równą obowiązkowemu urlopowi macierzyńskiemu z Polski (20 tygodni i "ani dnia dłużej" cytując mojego szefa), choć to tylko parę dni więcej niż wg prawa chińskiego. Także naprawdę jest tu całkiem spoko!
Kto by pomyślał, że Chiny takie przyjazne macierzyństwu... a Japonia taka nieprzyjazna!
W Japonii na lotnisku dostałam serię nieprzyjemnych pytań przy odprawie, nikt mnie nie przepuszczał w kolejkach. Z mężem zamieniliśmy się miejscami w samolocie, bo on miał bilet w biznes klasie a ja w ekonomii, to stewardessa pytała o powód zamiany (a nie widać?!), potem poszła zapytać starszej "salowej" czy tak można, a potem miłosiernie mi oznajmiła, że w drodze rzadkiego wyjątku wyrażają na to zgodę. Na miejscu w Japonii było o tyle lepiej, że nikt nie uprzykrzał mi życia, ale też nie był specjalnie uprzejmy. Marzena wspominała, że w Japonii jest ostatnio trend "maternity harassment" -zdarza się, że jakiś sfrustrowany pracoholik "przypadkowo" uderzy ciężarną w brzuch w środkach komunikacji miejskiej. W pracy z kolei szefowie zlecają ciężarnej dużo więcej zadań, czasem nawet groźnych dla zdrowia lub zmuszają do odejścia z firmy. Jedna asystentka z naszego biura w Tokio zwierzyła mi się, że jak powiedziała szefowi, że jest w ciąży to z dnia na dzień przestała dostawać jakiekolwiek zadania, co w jej japońskiej mentalności już było wielką karą. Ponadto wciąż wywierano na niej presję, aby zostawała po godzinach, tak jak reszta zespołu. Dramat. I dziwić się, że przyrost naturalny jest ujemny i nadal maleje...
Także bardzo się cieszę, że większość z tych 9 miesięcy przyszło mi spędzić w Chinach.Włącznie z porodem, o którym w następnym odcinku. Stay tuned!
12 stycznia w południe już w tej ciąży nie byłam:)
Postaram się podsumować jaki treatment miałam ja i mój brzuch w Azji póki jeszcze mam w miarę świeże te wspomnienia, choć ostatni miesiąc postawił trochę nasze życie do góry nogami i cała ta ciąża wydaje się, jakby zdarzyła się w innym życiu...
Jak na cyrk obwoźny przystało, brzuchem zahaczyłam o 3 kraje azjatyckie. Pierwszy trymestr spędziłam w Korei, w czwartym miesiącu przeprowadziliśmy się do Chin a w szóstym miesiącu siedzieliśmy w Japonii. Dodatkowo, między Koreą a Chinami zrobiliśmy sobie jeszcze krótkie wakacje w Europie (Polska, Austria, Włochy) - bo spędzanie ciąży na jednym kontynencie jest zbyt mainstream-owe;)
No dobrze, zacznijmy od Korei. Tam jeszcze mi brzucha nie było widać, także nie wypowiem się, czy Koreańczycy ustępują ciężarnej miejsca w metrze. Ponadto czułam się doskonale, więc tak naprawdę jedynym widocznym objawem mojej ciąży dla osób postronnych był fakt, że nie piłam alkoholu;) Jak piskorz się wiłam, żeby uniknąć zakrapianych kolacyjek służbowych - zadanie było o tyle trudne, że wszyscy chcieli mnie uroczyście żegnać w związku z wyprowadzką do Chin. Jakoś się udało! Raz poszliśmy na spotkanie z gronem naszych znajomych nauczycieli angielskiego i ich koreańskich żon. Oni, jak na Brytyjczyków i Szkotów przystało, kurtuazyjnie nie zadawali żadnych krępujących pytań, one, jak na Koreanki przystało, oczywiście, tak. Kto był kiedyś w pierwszym trymestrze ciąży, ten wie, że pytanie "Dlaczego nie pijesz alkoholu?" jest najbardziej denerwującym pytaniem świata. Najwyraźniej nie wg ciekawskich Koreanek. W rezultacie było to nasze ostatnie spotkanie. Bez łaski!
Ciąża była też dla mnie okazją, żeby poznać lepiej koreańską służbę zdrowia. W Korei nie ma przychodni, czy prywatnych gabinetów lekarskich. Od razu się idzie do szpitala. Więc jak Koreańczyk mówi "byłem w szpitalu" to jeszcze to nie oznacza, że miał operację na otwartym sercu;)
W szpitalu do którego ja trafiłam była recepcja dla obcokrajowców, ale reszta usług taka sama jak dla lokalnych (w przeciwieństwie do Chin o czym jeszcze napiszę...) Moja pani ginekolog ładnie mówiła po angielsku. Problem tylko w tym, że niewiele mówiła... Wygląda na to, że koreańscy lekarze nie czują potrzeby opowiadania pacjentom co się z nimi dzieje, jakie badania laboratoryjne zlecają itd. Przy wyjeździe z Korei poprosiłam o wydrukowanie wyników moich badań i ku mojemu zaskoczeniu dostałam całkiem grubą książkę! A jak sama próbowałam zadawać pytania, to moja pani doktor wyraźnie się irytowała. No tak, lepiej nie pytać, bo jeszcze się okaże, że lekarz nie zna odpowiedzi i biedny straci twarz! Takie podejście ewidentnie przyjęła koreańska żona jednego z naszych znajomych nauczycieli angielskiego. Jak trafili na porodówkę, to on się skumał, że jego żona nie ma pojęcia jakie są etapy porodu i jej czytał wszystko na bieżąco z wikipedii. True story.
W Korei chyba nie ma też zwyczaju stosowania profilaktyki. Przed ciążą chciałam sprawdzić ząbki i znamiona na skórze i trochę nie mogliśmy się dogadać, i nie tylko ze względu na barierę językową. Ponieważ nie było angielskojęzycznego stomatologa, to ząbki przeglądała mi pani protetyk przy asyście paru innych osób. Byłam ewidentnym "wydarzeniem" na oddziale i wszyscy byli trochę zmieszani, po co ja w ogóle przyszłam jak żaden ząb mnie nie boli. W dermatologii podobna historia, z tą różnicą, że komunikacja następowała przez Google Translate. Strach chorować w tej Korei, chociaż może akurat z realnymi chorobami lepiej sobie radzą niż z profilaktyką...
Zaraz po wylądowaniu w Chinach, zrobiliśmy sobie listę porodówek do odwiedzenia, ale skończyliśmy na pierwszej:) Szpital Red Leaf okazał się być Bristolem wśród porodówek - napiszę o nim osobny post. Tymczasem skupię się na tym, jaki treatment miałam w Chinach. Red carpet treatment to mało powiedziane! Tyle uprzejmości, co przez te parę miesięcy, nie zaznałam przez całe swoje marne życie! W metrze ustępowano mi miejsca już na etapie, kiedy jeszcze można było pomylić moją ciążę ze zwykłym zapuszczeniem się;) Na lotnisku przechodziłam poza kolejką na każdym etapie żmudnej odprawy, nawet nie szczególnie musiałam się o to upominać. Celnicy/strażnicy jak tylko widzieli mój brzuch, od razu kierowali mnie do okienka dla VIPów, no questions asked. Przejście poza bramką z rentgenem było oczywistością. W restauracjach personel od progu biegł z poduszką pod plecy dla mnie i pytali, czy nie chcę się napić szklanki mleka;)
W Chinach kobitka jest w ciąży tylko raz, więc społeczeństwo zdaje się umilać jej ten czas, jak tylko się da. Podczas, gdy Chiny znane są na świecie z braku przestrzegania praw człowieka, prawa ciężarnej/matki w miejscu pracy zdają się być świętością. I tak np. w prawie chińskim jest wyraźnie napisane, że jeśli pracodawca nie uiści składek ubezpieczeniowych za swoją pracownicę, to musi sam wyskoczyć z kaski na jej zasiłek macierzyński. Kobiety nie da się też zwolnić w czasie ciąży i przez rok od urodzenia dziecka. Nie mówiąc już o takich detalach, jak obowiązek zapewnienia pokoju do odciągania mleka, czy dodatkowa godzinna przerwa na karmienie. Niewiele gorzej niż w Polsce!
Dwie duże kancelarie prawne rozkminiały mój skomplikowany case i po 3 miesiącach dywagacji (i zapewne kilku tłustych fakturkach) doszły do wniosku, że należy mi przyznać długość urlopu równą obowiązkowemu urlopowi macierzyńskiemu z Polski (20 tygodni i "ani dnia dłużej" cytując mojego szefa), choć to tylko parę dni więcej niż wg prawa chińskiego. Także naprawdę jest tu całkiem spoko!
Kto by pomyślał, że Chiny takie przyjazne macierzyństwu... a Japonia taka nieprzyjazna!
W Japonii na lotnisku dostałam serię nieprzyjemnych pytań przy odprawie, nikt mnie nie przepuszczał w kolejkach. Z mężem zamieniliśmy się miejscami w samolocie, bo on miał bilet w biznes klasie a ja w ekonomii, to stewardessa pytała o powód zamiany (a nie widać?!), potem poszła zapytać starszej "salowej" czy tak można, a potem miłosiernie mi oznajmiła, że w drodze rzadkiego wyjątku wyrażają na to zgodę. Na miejscu w Japonii było o tyle lepiej, że nikt nie uprzykrzał mi życia, ale też nie był specjalnie uprzejmy. Marzena wspominała, że w Japonii jest ostatnio trend "maternity harassment" -zdarza się, że jakiś sfrustrowany pracoholik "przypadkowo" uderzy ciężarną w brzuch w środkach komunikacji miejskiej. W pracy z kolei szefowie zlecają ciężarnej dużo więcej zadań, czasem nawet groźnych dla zdrowia lub zmuszają do odejścia z firmy. Jedna asystentka z naszego biura w Tokio zwierzyła mi się, że jak powiedziała szefowi, że jest w ciąży to z dnia na dzień przestała dostawać jakiekolwiek zadania, co w jej japońskiej mentalności już było wielką karą. Ponadto wciąż wywierano na niej presję, aby zostawała po godzinach, tak jak reszta zespołu. Dramat. I dziwić się, że przyrost naturalny jest ujemny i nadal maleje...
Także bardzo się cieszę, że większość z tych 9 miesięcy przyszło mi spędzić w Chinach.Włącznie z porodem, o którym w następnym odcinku. Stay tuned!
piątek, 3 lutego 2017
Chiński Nowy Rok
Po czym poznać, ze jest Chiński Nowy Rok bez wychodzenia z domu? Po tym, że internet śmiga jak dziki.
To jest jedna z niewielu rzeczy, które nam dokuczają póki co w Chinach - wolny Internet. Przy czym jakby tylko poruszać się po chińskich stronach, zaparkowanych na chińskich serwerach, to wszystko się ładuje z prędkością światła. Dopiero chcąc "wyjść" poza Chiny, trzeba przedrzeć się przez Wielki Firewall. Niby Chińczyków dużo, siła robocza tania, ale coś długo im się schodzi z czytaniem naszych maili w trybie online;) Żeby dobić się na jakąkolwiek stronę zaparkowaną na zagranicznym serwerze, trzeba przejść przez jedną z jedynie 3 "bram". W godzinach wieczornych robią się więc niezłe "korki". W dodatku chcąc wejść na Google/Facebook lub inne narzędzie szatana, trzeba włączyć VPN'a i poudawać, że sygnał idzie z Japonii lub Tajwanu co dodatkowo obniża prędkość łącza. No dobrze, kończę już o tych technikaliach, bo to pewnie nie za ciekawy temat dla Was, ale uwierzcie mi, że żonglerka VPN'ami i klęcie na wolny Internet zajmuje dużą część naszego chińskiego życia:)
Miało być o Chińskim Nowym Roku. Nasza dwutygodniowa latorośl nas skutecznie zatrzymała w domu, także nie mogliśmy wyjść na miasto celebrować z tą garstką lokalnych Szanghajczyków z dziada pradziada. Miasto ewidentnie opustoszało, wszystkie "słoiki" wróciły tam skąd przybyły;) W związku z tym nasze niezawodne Taobao się położyło dokumentnie, bo wszyscy kurierzy lepią teraz pierogi na głębokiej prowincji. Mniejsze sklepy i restauracje pozamykały się już parę dni przed świętami i nie otworzą się na dobre parę dni po.
Są jednak obiekty, które nie mogą się zamknąć - hotele. Chcieliśmy zamówić jakieś noworoczne potrawy na wynos z hotelowych restauracji, ale wszędzie mieli menu na, uwaga, 10 osób minimum. Ja niby teraz jem za dwoje, ale i tak mogłoby być ciężko.
Poczytaliśmy trochę w internecie o tych potrawach: oprócz płetwy rekina i specjalnych ciastek z kleistego ryżu to nie serwują nic szczególnego. Karpik, pierogi, spring-roll'e i makaron. Każda potrawa musi mieć jednak znaczenie symboliczne. I tak:
- ryba po chińsku ma podobną wymowę jak "nadwyżka"
- dobrze usmażone spring-roll'e przypominają sztabki złota
- długi makaron ma podobno symbolizować długowieczność
Ich noworoczne pierogi do złudzenia przypominają nasza polskie. Zrobiliśmy więc małą powtórkę z Wigilii i sami ulepiliśmy pierogi z grzybami i kapustą. Tacy jesteśmy! Zrobiliśmy jednak minimum dwa faux-pas przy tym:
- Chińczycy nie robią farszu z kapusty kiszonej, bo to nie wróży prosperity
- zrobiliśmy płaskie boki, a nie takie z falbankami, jak na przykład tu na zdjęciu:
Także będzie bieda!
To jest jedna z niewielu rzeczy, które nam dokuczają póki co w Chinach - wolny Internet. Przy czym jakby tylko poruszać się po chińskich stronach, zaparkowanych na chińskich serwerach, to wszystko się ładuje z prędkością światła. Dopiero chcąc "wyjść" poza Chiny, trzeba przedrzeć się przez Wielki Firewall. Niby Chińczyków dużo, siła robocza tania, ale coś długo im się schodzi z czytaniem naszych maili w trybie online;) Żeby dobić się na jakąkolwiek stronę zaparkowaną na zagranicznym serwerze, trzeba przejść przez jedną z jedynie 3 "bram". W godzinach wieczornych robią się więc niezłe "korki". W dodatku chcąc wejść na Google/Facebook lub inne narzędzie szatana, trzeba włączyć VPN'a i poudawać, że sygnał idzie z Japonii lub Tajwanu co dodatkowo obniża prędkość łącza. No dobrze, kończę już o tych technikaliach, bo to pewnie nie za ciekawy temat dla Was, ale uwierzcie mi, że żonglerka VPN'ami i klęcie na wolny Internet zajmuje dużą część naszego chińskiego życia:)
Miało być o Chińskim Nowym Roku. Nasza dwutygodniowa latorośl nas skutecznie zatrzymała w domu, także nie mogliśmy wyjść na miasto celebrować z tą garstką lokalnych Szanghajczyków z dziada pradziada. Miasto ewidentnie opustoszało, wszystkie "słoiki" wróciły tam skąd przybyły;) W związku z tym nasze niezawodne Taobao się położyło dokumentnie, bo wszyscy kurierzy lepią teraz pierogi na głębokiej prowincji. Mniejsze sklepy i restauracje pozamykały się już parę dni przed świętami i nie otworzą się na dobre parę dni po.
Są jednak obiekty, które nie mogą się zamknąć - hotele. Chcieliśmy zamówić jakieś noworoczne potrawy na wynos z hotelowych restauracji, ale wszędzie mieli menu na, uwaga, 10 osób minimum. Ja niby teraz jem za dwoje, ale i tak mogłoby być ciężko.
Poczytaliśmy trochę w internecie o tych potrawach: oprócz płetwy rekina i specjalnych ciastek z kleistego ryżu to nie serwują nic szczególnego. Karpik, pierogi, spring-roll'e i makaron. Każda potrawa musi mieć jednak znaczenie symboliczne. I tak:
- ryba po chińsku ma podobną wymowę jak "nadwyżka"
- dobrze usmażone spring-roll'e przypominają sztabki złota
- długi makaron ma podobno symbolizować długowieczność
Ich noworoczne pierogi do złudzenia przypominają nasza polskie. Zrobiliśmy więc małą powtórkę z Wigilii i sami ulepiliśmy pierogi z grzybami i kapustą. Tacy jesteśmy! Zrobiliśmy jednak minimum dwa faux-pas przy tym:
- Chińczycy nie robią farszu z kapusty kiszonej, bo to nie wróży prosperity
- zrobiliśmy płaskie boki, a nie takie z falbankami, jak na przykład tu na zdjęciu:
Także będzie bieda!
Smog
AQI w Warszawie vs AQI w Szanghaju
To jest ironia losu. Nasi krewni i znajomi doradzali nam, żeby wrócić na poród do Warszawy, bo przecież w Szanghaju takie złe powietrze w zimę i szkoda dziecko truć. Tymczasem nad Warszawą smog, a powietrze w Szanghaju Białostocczyzną pachnie. Czekam tylko na sygnał, że nad Wisłą maski anty-smogowe się skończyły i trzeba wysłać paczkę z Chin.
No dobra, nie zawsze mamy tu AQI 57. Wszystko zależy jak wiatr zawieje. Jak wieje od morza to jest fajnie, a jak zawieje od lądu to już nie, ale przez ostatnie pół roku nie uświadczyliśmy za bardzo AQI wyższego niż 200. W najgorsze dni było może 180. A tak to waha się w przedziale 50-150.
W Pekinie z kolei w najlepsze dni jest AQI 180 i to jak pada. Raz mi jakiś headhunter proponował pracę w Pekinie, ale nie ma pieniędzy za które zechciałabym się tam przeprowadzić. Korzystamy z tego o tyle, że community ekspackie z Pekinu generuje niezły popyt na wszelkie sprzęty do oczyszczania powietrza w domu, więc każdy szanujący się producent air purifier'ów jest obecny w Chinach i to jeszcze daje niezłe rabaty. Ceny niższe niż w Polsce, duży wybór, dostawa na jutro.
Zaopatrzyliśmy się więc w dwa air purifiery (jeden szwedzki, drugi amerykański) i jeden humidifier (szwajcarski) i robimy sobie małą Puszczę Białowieską w centrum 20-milionowego miasta. Mój mąż gadżeciarz zamówił jeszcze czytnik jakości powietrza w domu (zaprojektowany przez Szwajcara mieszkającego w Pekinie nota bene). Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak smażenie frytek w domu pogarsza AQI!
Wyjazd do Chin zbudował w nas taką świadomość jak ważna jest jakość powietrza i jego odpowiednie nawilżenie, że teraz paradoksalnie żyjemy w znacznie zdrowszym "domu" niż w Warszawie (minus rura wydechowa z pieca wychodząca pod naszymi drzwiami wejściowymi;) patrz post "Cha bu duo")
To jest ironia losu. Nasi krewni i znajomi doradzali nam, żeby wrócić na poród do Warszawy, bo przecież w Szanghaju takie złe powietrze w zimę i szkoda dziecko truć. Tymczasem nad Warszawą smog, a powietrze w Szanghaju Białostocczyzną pachnie. Czekam tylko na sygnał, że nad Wisłą maski anty-smogowe się skończyły i trzeba wysłać paczkę z Chin.
No dobra, nie zawsze mamy tu AQI 57. Wszystko zależy jak wiatr zawieje. Jak wieje od morza to jest fajnie, a jak zawieje od lądu to już nie, ale przez ostatnie pół roku nie uświadczyliśmy za bardzo AQI wyższego niż 200. W najgorsze dni było może 180. A tak to waha się w przedziale 50-150.
W Pekinie z kolei w najlepsze dni jest AQI 180 i to jak pada. Raz mi jakiś headhunter proponował pracę w Pekinie, ale nie ma pieniędzy za które zechciałabym się tam przeprowadzić. Korzystamy z tego o tyle, że community ekspackie z Pekinu generuje niezły popyt na wszelkie sprzęty do oczyszczania powietrza w domu, więc każdy szanujący się producent air purifier'ów jest obecny w Chinach i to jeszcze daje niezłe rabaty. Ceny niższe niż w Polsce, duży wybór, dostawa na jutro.
Zaopatrzyliśmy się więc w dwa air purifiery (jeden szwedzki, drugi amerykański) i jeden humidifier (szwajcarski) i robimy sobie małą Puszczę Białowieską w centrum 20-milionowego miasta. Mój mąż gadżeciarz zamówił jeszcze czytnik jakości powietrza w domu (zaprojektowany przez Szwajcara mieszkającego w Pekinie nota bene). Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak smażenie frytek w domu pogarsza AQI!
Wyjazd do Chin zbudował w nas taką świadomość jak ważna jest jakość powietrza i jego odpowiednie nawilżenie, że teraz paradoksalnie żyjemy w znacznie zdrowszym "domu" niż w Warszawie (minus rura wydechowa z pieca wychodząca pod naszymi drzwiami wejściowymi;) patrz post "Cha bu duo")
Subskrybuj:
Posty (Atom)










